10.12.2009

Christmas party

Coroczne przyjęcie świąteczne odbyło się w tutejszym hotelu w ostatnią sobotę. Od tygodnia trwały przygotowania - to znaczy ludzie pytali się nawzajem, czy idą, dziewczyny jeździły do Navan po kreacje wieczorowe, chłopaki pożyczali od siebie krawaty. Bo strój na Christmas Party powinien być odświętny, okazja jest wyjątkowa, a miejsce czterogwiazdkowe.

Ci, którzy nie mieli co robić w domu czekając na wybicie godziny dziewiątej wieczorem zbierali się wcześniej w pubie przy hotelu w celu wprowadzenia się w odpowiedni nastrój. Część dziewcząt potrzebujących trochę więcej czasu na makijaż pojawiło się w ostatnim momencie. W sumie z naszej firmy było około 100 osób.

Jednak hotelowa sala przygotowana na Christmas Party była ogromna. Dlatego równocześnie z nami swoje party miało 6 innych firm. Nie mogliśmy więc poczuć się jak w wielkiej rodzinie, o czym zapewniają nas książeczki w języku polskim dołączane do kontraktu.

Na start otrzymaliśmy sałatkę, potem była mikroskopijna miseczka zupy warzywnej, duże danie główne i na koniec deser - ciastka i lody. Ziemniaki, marchewka i brokuły w dowolnych ilościach. 2 drinki w zestawie gratis. Guinnessa przy moim długim stole, gdzie siedziało prawie 50 osób wybrały tylko dwie osoby, w tym niżej podpisany. A podobno to irlandzkie piwo.

Przyjechał konferansjer, który musiał mieć niezłą stawkę na godzinę, bo gadał "tylko" pół godziny i był niezwykle zadowolony z siebie. Był to swoisty detektor znajomości języka angielskiego. Wszyscy się śmiali z jego żartów, ale nie Polacy. Zacząłem ich więc rozśmieszać, żebyśmy nie odstawiali aż tak od reszty społeczeństwa.

Następnie czterech muzyków zaczęło bardzo fajnie grać melodie dla podstarzałych rokendrolowców, czyli szlagiery z lat 70'. Parkiet przed orkiestrą zaczął się zagęszczać głównie kobietami, bo mężczyźni zajęli się wprowadzanim w nastój do tańca. Dzięki temu po jakimś czasie mogli do nich dołączyć. Zespół wszedł na repertuar pościelowy typu "Kormorany" Szczepanika, ale po ichniemu a, że nie miałem się do kogo przytulać, to przeniosłem się na kanapy w hallu, gdzie można było uciąć sobie pogawędkę z nietańczącymi z zasady, albo z wyboru oraz z dyrekcją i zarządem.

Koło pierwszej w nocy młodzi zaczęli się stopniowo przemieszczać do pobliskiej dyskoteki (przez ścianę). Policzyłem szybko w myślach swoje lata i poszedłem z nimi. Dyskoteka skończyła się o 3 i towarzystwo poszło w dwóch kierunkach - do siebie, albo do kogoś. Taką okazję jak Christmas Party trzeba uczcić do upadłego. Znowu szybko policzyłem swoje lata i poszedłem do siebie. Spałem cały następny dzień. Ile wypiłem - nie powiem, ale zapewniam, że nie więcej jak 10 pint Guinnessa. Nie mieszałem z jasnym, więc nie muszę teraz sobie obiecywać "nigdy więcej nie będę mieszał".

Pod nazwą Christmas Party w tym przypadku krył się wystawny bankiet pod krawatami z nie-dającą-się-zjeść ilością pożywienia oraz reglamentowaną ilością drinków, po czym nastąpiło swobodne pijaństwo przy różnych dźwiękach. Podoba mi się w Irlandczykach, że po spożyciu nie są agresywni, nie próbują komuś udowodnić, że nie powinien tu być. Można czuć się bezpiecznie.

1.12.2009

Szkocka kratka - weekend w Szkocji

czyli to i owo z weekendu w Szkocji

Po 3 dniach nie można powiedzieć, że się poznało Szkocję, ale można się chwalić, że się tam było… Pogoda była w kratkę, a dni strasznie krótkie. Oto mój zimowy cień w samo południe w północno-wschodniej Szkocji.


  
Aberdeen w Szkocji, tam właśnie wylądowałem. Morze Północne dość chłodno mnie przyjęło, powiem szczerze, jest tam zimniej niż w środkowej Irlandii, nawet w słoneczne dni wiało bardzo nieźle, ale mimo wszystko niektórzy chodzili w krótkim rękawie. Skąd ja to znam...
      
Platformy wiertnicze postawione na Morzu Północnym powodują, że w mieście bezrobocie jest bliskie zeru. Gdyby Szkocja ogłosiła niepodległość, byłaby najbogatszym krajem w Europie. Tak mawiają… Nad miastem widać helikoptery dowożące pracowników platform, gdzie przez dwa tygodnie pracy panuje absolutna prohibicja. Piwko z poprzedniego urlopowego wieczoru może wywalić z pracy. W porcie cumują olbrzymie promy zaopatrujące platformy we wszystko, co tam jest potrzebne.
    
foto bez pytania zabrane z tain bo

Platformy mnie strasznie zainteresowały, głównie po spotkaniu z Biszopem, który wie na ich temat chyba wszystko. Niestety marynistyczne muzeum, które mi polecił było akurat zamknięte, więc resztę doczytałem i obejrzałem na jego blogu. Mam nadzieję, że został łagodnie potraktowany przez Biskupinkę po powrocie z kościoła, gdzie wspólnie spędziliśmy kilka godzin.   

  

Miasto Aberdeen jest granitowe i rzeczywiście przekonałem się o tym zaraz po przyjeździe. Wielkie granitowe bloki obecne są wszędzie, to najłatwiej dostępny w okolicy budulec. Całkiem nowe szklano-metalowe budowle wplatają się w ten granit, są też budynki starsze, kontrastujące nawet z tym wszechobecnym granitem. 

  

W zimie Aberdeen jest szare i nie zmieniają tego wcale świąteczne dekoracje na ulicach. Latem pełne jest kwiatów i zieleni i miasto zdobywa rok po roku jakieś kwieciste nagrody. Mam nadzieję tam kiedyś wrócić, już bez rękawiczek.

   
foto: tain bo
       
Nad brzegiem morza leży cudnej urody miasteczko rybackie, coś jakby skansen z dawnych czasów, ale zamieszkały jest każdy dom. Drzwi są bardzo niskie, musiałbym się schylić, żeby wejść do środka, podłoga w tych domach jest obniżona, żeby ludzie nie musieli chodzić na czworakach. Można tam spokojnie robić zdjęcia, bo ludzie wiedzą gdzie mieszkają i że taka okolica może zachwycić turystę.

 
Coś, czego nie widziałem już dawno – LAS. Prawdziwy las z drzewami, wiatrołomami, mchem, śniegiem i grzybami (to w swoim czasie).
 
Przez las wędrowaliśmy w góry. Najlepiej je widać z samolotu. Śnieg tam leży, specjalnie ulepiłem kulę, żeby go poczuć, zdjąłem rękawiczki. Na bałwana było jednak za mało. Mróz trzymał, jakieś minus 3.
 
Wycieczki po okolicy to małe schludne miasteczka…
  
…granitowe kamieniołomy….
    
…górska rzeka, w której zobaczyć można pstrągi skaczące w górę strumienia…
  
…ruiny starych wież stojące na prywatnych pastwiskach…
  
…cudnej urody krowy szkockiej rasy highland…
  
…kamienie starożytnych Piktów stojące gdzieś w polu, gdzie GPS nie sięga…

   

Już siedząc w samolocie powrotnym zobaczyłem inne rysunki z góry...
  
Nie zobaczyłem szkockich zamków zachowanych w lepszym stanie niż irlandzkie, nie zobaczyłem tajemniczych kręgów, ani menhirów sprzed tysięcy lat. Natomiast spędziłem trochę czasu z tain bo, dziewczyną, która wie więcej o Piktach, Celtach i menhirach niż można sobie wyobrazić. Ola z Serbii zna zapomniany język gaelic, którym powinno się porozumiewać się w Irlandii i Szkocji a wcale nie porozumiewa się. Jest to język zapomniany.

Aberdeen i Kells, czyli wioskę w Irlandii, w której mieszkam łączy osoba św. Kolumbana. W obu miejscach ten facet zbudował swoje kościoły. U mnie jego kościół jest teraz zamknięty, w Aberdeen jest tam teraz domofon. O szkockim kościele coś napiszę wkrótce.   

Cieszę się, że dotknąłem kamienia Piktów, przodków Celtów i wszystkich wytatuowanych gości. Jak wiecie, kamienie kręcą mnie bardzo, odkąd przyjechałem do Irlandii. Mówią, że papier wszystko zniesie, podobno Internet wszystko przechowa. Ja mówię, że dotykając kamienia sprzed tysięcy lat można POCZUĆ. 

  
Co do facetów w rajtuzach – widziałem kilku Szkotów, którzy pielęgnują tradycję i przychodzą do kościoła napić się piwa w swoich kiltach w kratę. Każdy klan ma swój wzór kraty. Nie zrobiłem im zdjęcia. Gapili się na mnie tak samo jak ja na nich.

30.11.2009

Dziurawy kamień Hurlstone

Kamień, który dziś opisuję jest przedziwny. Podobnych kamieni z dziurą jest na całych Wyspach Brytyjskich kilka, może kilkanaście – trudno było mi było ustalić. Nie wiadomo dokładnie jakie było ich przeznaczenie ani jak powstały. Są jedynie przypuszczenia co do ich wykorzystania, ale o tym później. Wiadomo jedynie, ze „holed stones” pochodzą z epoki brązu.
  
Znalezienie kamienia Hurlstone było dla mnie kwintesencją szukania. Miałem tylko przybliżone namiary. Im bliżej krążyłem wokół celu, tym bardziej kierunki wskazywane palcami okolicznych farmerów zaczynały się krzyżować. Spodnie mokre do kolan, że o butach nie wspomnę, zmęczenie kilkugodzinnym łażeniem po podmokłych pastwiskach i to wspaniałe uczucie, że jestem coraz bliżej celu, którym jest jakiś kamień, o którym mało kto wie.
  

Żadnemu z farmerów nie wpadło jednak do głowy, żeby mi powiedzieć, że na polu gdzie stoi kamień z dziurą pośrodku rośnie teraz kilka hektarów kukurydzy.

  
Nie przyjechałem tu podziwiać rosnąca krowią paszę. Przedzierając się przez łany kukurydzy i depcząc biegające tam szczury miałem chwile zwątpienia. Traciłem orientację skąd przyszedłem. Pamiętałem jednak czego szukam. Moment, kiedy po odgarnięciu kolejnej garści mokrych kukurydzianych liści zobaczyłem Hurlstone był nagrodą za cały ten trud, który sobie sam zafundowałem.
   
Kamień okazał się niższy od rosnącej kukurydzy, co w pewnym sensie tłumaczyłoby dlaczego niełatwo było mi znaleźć. Stał jednak dumnie od kilku tysięcy lat w tym samym miejscu. Był świadkiem wszystkich zmian na swoim terenie, więc chwilowe towarzystwo małych hałasujących szelestem swoich liści kolb kukurydzy pastewnej nie wpływało na jego kamienny spokój. Kamień Hurlstone ma 160 cm wysokości a pośrodku niego widnieje zagadkowy, regularny okrągły otwór o średnicy 22 cm.
  
Macie jakieś propozycje co do przeznaczenia tego otworu? Nie jest to jakaś wada fabryczna ani przypadek. Moim zdaniem jest to manifestacja jego współtwórców – ludzi, którzy po długim okresie neolitu czyli ery kamienia łupanego posiedli umiejętność tworzenia narzędzi z metalu oraz ich używania. „Holed Stone” to nic innego jak zwykły menhir, tyle że z artystycznie wyrzeźbioną regularną dziurką pośrodku. Ten kamień ma prawie 40 cm grubości, a oni przebili w nim swoimi nowiutkimi młoteczkami równiutkie koło. We mnie taka dziura wzbudza podziw i szacunek.
  
Niektóre źródła podają, że otwór w kamieniu wykorzystywany był do ceremonii zaślubin. Kobieta stała po jednej stronie kamienia i przez okrągły otwór podawała dłoń swojemu wybrankowi. Jakiś druid mówił: „Od teraz jesteście mężem i żoną, co kamień złączył, człowiek niech nie rozdziela”. Ślub przez kamień gwarantować miał trwałość związku i co najważniejsze – miłość na wieki. Podobno takie zaślubiny dawały też lepsze perspektywy na noc poślubną, wiadomo hm… jak z kamienia…
   
Inna teoria mówi, że tego rodzaju kamienie były częścią grobowców. Nie zachowały się jednak grobowce z podobnym kamieniem. Niektóre kamienie miały ponoć moc leczniczą. Na zdjęciu poniżej kamień Men-an-Tol w Kornwalii. Przez jego otwór podawano chore dziecko, które miało wyzdrowieć. Czynność należało powtórzyć 3 albo 9 razy dla zwiększenia mocy. To chyba taki celtycki odpowiednik staropolskich zdrowasiek w piecu.
    
Dorośli ludzie wkładali w kamienny otwór swoje schorowane ręce i nogi, które w ten sposób leczyły się z reumatyzmu i innych chorób stawów. Było to jak powtórne narodzenie – uleczenie ze strasznej choroby przez kamień. Tak mówią irlandzkie legendy, które śledzę oczami, rękami i nogami.
  
Były też inne propozycje zastosowania dziurawego kamienia. Przez otwór w kamieniu ludzie widzieli przyszłość. Nawet w czasach chrześcijańskich pielgrzymowano do takich kamieni, żeby przez dziurkę zobaczyć fragment nieba. Stary celtycki epos o Tain Bo tłumaczy powstanie kamienia z dziurą. Jakiś kandydat do tronu po otrzymaniu nominacji do odejścia z domu wielkiego brata z wściekłością uderzył mieczem w kamień przebijając go na wylot. I jak tu zgadnąć skąd ten dziwny kamień wziął się tu w XXI wieku na zapuszczonym podmokłym polu irlandzkiej kukurydzy. Nawet miejscowi nic o tym nie wiedzą...


____________________________________________________________________________
 
Dodano 30 stycznia 2010.
Po skoszeniu łanów kukurydzy dziurawy kamień Hurlstone wygląda nieco inaczej.