Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wywiady. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wywiady. Pokaż wszystkie posty

18.06.2011

Wywiady, autografy... :)

Dziś zamiast zdjęć proponuję posłuchanie paru dźwięków z irlandzkiego pubu, które staram się skutecznie zagłuszać :) 
Wywiad z Waszym ulubionym Pendragonem na stronie podkastu Przemka www.braksygnalu.pl 

A do poczytania - wcześniejsze wywiady ze mną:

Irlandzkie tajemnice na stronie www.tanie-loty.com.pl

Tam mieszkam - Irlandia na stronie www.bankier.pl

Parada w dniu św. Patryka - na stronie www.onet.pl

Autografy w przygotowaniu :)

15.03.2011

Wywiad ze mną - irlandzkie tajemnice

Wywiad, który przeprowadził ze mną p. Przemysław Pelikan z serwisu Tanie Loty. Pełen tekst na tej stronie. 

Irlandzkie tajemnice

Wraz z Pendragonem rozwiąż ,,irlandzkie zagadki" i poznaj Zieloną Wyspę od kuchni.

Nazywam się: Piotr Sobociński vel Pendragon
O mnie: Z zawodu jestem masażystą, od kilku lat moimi klientami są głównie Irlandczycy. W wolnych chwilach zwiedzam Irlandię, szukając pięknych widoków, różnych historycznych śladów i kamiennych pomników. Czasem udaje mi się coś sfotografować i opisać, wtedy pokazuję to na swoim blogu o Irlandii

Blog: Pendragon w Irlandii


Na początku 2007 roku, jak większość Polaków, wyjechał Pan za chlebem do Irlandii. Początki nie były łatwe. …

Do Irlandii przyjechałem prawie nie znając tego kraju, bez żadnych kontaktów ani znajomych, ale za to z ogromną wiarą w siebie. Zostawiałem w kraju swoją rodzinę i musiałem jej zapewnić utrzymanie, więc do dalekiej Irlandii wkraczałem z impetem i odwagą. Początek to było wielkie zdziwienie, bo prawie nie rozumiałem irlandzkiej mowy. Przyzwyczajałem się do akcentu przez kilka pierwszych dni, jednocześnie intensywnie szukając pracy. Efekty przyszły dość szybko – pierwszą pracę znalazłem po tygodniu, a już po pierwszym miesiącu pracowałem w swoim zawodzie, jako masażysta. Przyszła jednak samotność i tęsknota, poczucie odległości do Polski. W pokonywaniu codziennych trudności pomagali mi wtedy między innymi czytelnicy mojego bloga, który szybko stał się dość popularny. Dzięki temu też poznałem pierwszych Polaków w Irlandii.





Odkrywa Pan przed czytelnikami, ale chyba również przed sobą, tajemnice ,,Zielonej Wyspy”. Co Pana najbardziej zaskoczyło w Irlandii?

Byłem ciekaw tego państwa, chłonąłem wszelkie różnice, zapisywałem swoje obserwacje. Zaskoczyło mnie wiele rzeczy – ludzie, którzy nie narzekają na codzienność, którzy pozdrawiają nieznajomych na ulicy i uśmiechają się do nich. Wielonarodowość i wielokulturowość jest obecna nawet w małych miasteczkach. Zobaczyłem, jak można umawiać się na słowo nawet w poważnych kwestiach – bez pieczątek i pisemnych umów, jak prosto załatwiać można różne formalności, jak inaczej pracują urzędnicy, jak wygląda kraj bez PIT-ów, ZUS-u i zachłannego urzędu skarbowego, jak wysłany list może dojść już nazajutrz, pomimo, że tu w ogóle nie ma kodów pocztowych, wiele domów nie ma numerów, a niektóre ulice nawet nazw. Dobrze poznałem wąskie irlandzkie drogi i nauczyłem się jeździć po lewej stronie, co wcale nie okazało się trudne. Zaskoczyło mnie swoiste podejście Irlandczyków do czasu i jego pomiaru – zupełnie bez pośpiechu. Bardzo spodobały mi się irlandzkie puby i związana z nimi atmosfera. Byłem zaskoczony jak wiele się w nich dzieje, jak tętnią życiem i jak potrafią bawić się w nich ludzie w całkiem podeszłym wieku. Zdziwiła mnie irlandzka policja, która zatrzymuje samochód po to, by przypomnieć kierowcy, że nie jeździ się pod prąd, albo że tylny kierunkowskaz nie działa.


Zaskoczyła mnie bardzo również słynna irlandzka pogoda, te niesamowite chmury, wielokrotne tęcze, zmiany pogody po kilka razy dziennie, wszystkie pory roku w jeden dzień. Najbardziej zaskoczyło mnie jednak to, że tak bardzo mi się tu spodobało. Teraz żałuję, że do Irlandii nie przyjechałem 10 lat wcześniej. Natomiast wcale nie zaskoczył mnie smak Guinnessa z beczki – czułem, że to jest to.


Przemierza Pan Irlandię wzdłuż i wszerz, które miejsce najbardziej zwróciło Pana uwagę?

Jest wiele miejsc, do których lubię wracać. Najwięcej satysfakcji przynoszą mi miejsca, do których trudno jest dotrzeć i które zdobywam w samotności. Lubię wracać również w miejsca popularne i tłumnie odwiedzane. Imponującej struktury Giant’s Causeway nie da się zadeptać, oszałamiającego urwiska Cliffs of Moher nie przesłoni żadna ilość turystów, a ich obecność na Connemarze czy Ring of Kerry nie powinna w ogóle nikomu przeszkadzać.



Moim ulubionym miejscem jest wzgórze Loughcrew, gdzie wspinałem się dziesiątki razy – sam, ze znajomymi lub moimi klientami. Na szczycie wzniesienia znajduje się kamienny grobowiec korytarzowy, starszy od egipskich piramid. Spośród innych grobowców ten wyróżnia się wyjątkowym położeniem względem wschodzącego słońca – w czasie równonocy wiosennej i jesiennej słońce wpada przez wejście i rozświetla cały korytarz, ukazując w pełnym blasku wspaniałe rzeźby. To neolityczne widowisko widziałem na własne oczy wraz z kilkunastoma osobami. Było to niesamowite i wzruszające przeżycie.


Stara się Pan dotrzeć do ,,jądra” Irlandii. Czy już Pan odkrył i zasmakował prawdziwej Irlandii?

Tak, zasmakowałem Irlandii. Prawdziwa Irlandia moim zdaniem jest daleko od Dublina, pośród zielonych wzgórz pełnych owiec, surowych gór, urwistych klifów i piaszczystych plaż, gdzieś pomiędzy Morzem Irlandzkim, a Oceanem Atlantyckim. Tam można spotkać ludzi, którzy zawsze mają czas na pogawędkę z nieznajomym, którzy nie martwią się rzeczami błahymi, bo przeżyli już bardzo wiele. Można ich spotkać kiedy pędzą drogą owce, kiedy siedzą w wiejskim pubie, kiedy wskazują drogę. Irlandia to powolne i spokojne tempo życia, zgodne z rytmem natury. To również porośnięte bluszczem ruiny zamków, opactw i klasztorów; stojące w polu masywne, bogato rzeźbione krzyże; to smukłe okrągłe kamienne wieże, menhiry i dolmeny porzucone gdzieś poza wszelką cywilizacją. Taka Irlandia to bezkresne torfowiska, ciche jeziora, wąskie kanały i rzeki pełne mieszkalnych łodzi oraz wybrzeża dookoła wyspy, na których spotkać można wraki statków.




Prawdziwa Irlandia jest również w Belfaście. Można tam zrozumieć przyczynę konfliktu pomiędzy katolikami, a protestantami i spróbować rozstrzygnąć, kto ma rację. Mur oddzielający dwie dzielnice wyjaśnia 800 lat angielskiej okupacji i odpowiada na pytanie dlaczego język irlandzki ustąpił miejsca angielskiemu.


Kultura irlandzka, jakże odmienna od naszej, potrafi zaskoczyć każdego obcokrajowca. Na swoim blogu opisuje Pan wiele ,,irlandzkich zagadek”. Która jest Pana ulubioną?

Zagadki mają urozmaicać te wszystkie irlandzkie zabytki i ciekawe miejsca, które na swoim blogu opisuję. Chcę by mój blog przybliżał Polakom daleką Irlandię, więc staram się również w żartobliwy sposób przybliżać te sprawy, które najczęściej nas dziwią w Irlandii. A jest ich sporo, np. podwójne krany, brak kodów pocztowych, normalne wydawanie reszty przy kasie czy nienormalny paraliż kraju przy ledwie dwóch centymetrach śniegu. Spośród tych różnic najbardziej podoba mi się zwykła wyspiarska wtyczka do kontaktu z trzema bolcami. Ma bardzo wiele zalet i tylko jedną wadę – nie da się jej bezpośrednio podłączyć do kontaktu na kontynencie europejskim.




Irlandia to raj dla ludzi kochających historię. Pan również jest swoistym archeologiem, odkrywa Pan nieznane.

Dużo było tego odkrywania. Najpierw odkryłem, że historia czai się tu za każdym krzakiem. Potem, że cała historia Irlandii zapisana jest w kamieniu. Dałem się zainteresować, wciągnąć, porwać – odkryłem w końcu, że Irlandia stała się moją pasją. Rzeczywiście archeologia pełni bardzo ważną rolę w odkrywaniu Irlandii. Znam kilku tutejszych archeologów, byłem na świeżo odkrywanych stanowiskach, widziałem co można znaleźć ot tak po prostu w ziemi, jak jest to zabezpieczane i trafia potem do muzeów. Jednego dnia broń i amunicja zakopana przez IRA, a innego dnia naszyjnik z kości i grobowiec z epoki neolitu. Przy okazji budowy autostrad albo osiedli z ziemi odkrywane były przedziwne rzeczy. Każdego roku po żniwach z pól wyłaniają się ustawione pionowo kamienie, rzeźbione przez druidów albo kamienne dolmeny sprzed 5000 lat. Nikomu one nie przeszkadzają – wieśniacy żartują, że nie można ich przenieść, bo tam przy księżycu w pełni tańczą dobre wróżki. Puszczają do mnie oko i jak co roku omijają swoim traktorem kamienny pomnik.


Czy można już nazwać Irlandię drugą Pana ojczyzną?

Bardzo dobrze się w Irlandii czuję, tu jest teraz mój dom. Nie nazwałbym jednak Irlandii drugą ojczyzną. Mam trochę wiedzy o historii kraju, ale nie czuję się z nią związany emocjonalnie - to nie za moją wolność ginęli irlandzcy powstańcy. Zawsze chętnie tu wracam, ale moje korzenie są gdzie indziej. Nie zapominam o tym.




Jakie są Pana plany na przyszłość?

Od roku prowadzę również nową działalność polegającą na pokazywaniu Irlandii innym i mam zamiar to robić w dalszym ciągu. To zajęcie przynosi mi ogromną satysfakcję, a jednocześnie dzięki temu poznaję Irlandię jeszcze lepiej. Każdy nasz wyjazd jest inny i za każdym razem staram się ze swoją wycieczką coś nowego odkryć. Nie poruszam się tylko i wyłącznie utartymi szlakami, ale i nie mogę omijać tych najbardziej obleganych miejsc. Na szczęście za każdym razem udaje się coś nowego odkryć i coś fajnego przeżyć. Zainteresowanym tą formą poznawania Irlandii polecam swoją stronę Pendragon Tours: www.around-ireland.com

9.11.2010

Wywiad ze mną - tam mieszkam

Na stronie serwisu Bankier W cyklu "Tam mieszkam" ukazał się wywiad ze mną. Opowiadam jak się mieszka w Irlandii. Pełen tekst tutaj. Rozmowę przeprowadziła p. Malwina Wrotniak.

Tam mieszkam: Irlandia


Irlandczycy nie mieszkają w blokach, bo w Irlandii nie buduje się bloków. W krajobraz kraju wpisują się za to opuszczone domy. O Irlandii, która „nie jest już celtyckim tygrysem, tylko kotkiem, który żywi się suchą karmą z Lidla”, opowiada Piotr Sobociński, założyciel Pendragon Tours – „biura ciekawych podróży po Irlandii”.

Irlandia, Belfast - centrum, fot. Piotr Sobociński

Malwina Wrotniak, Bankier.pl: Od momentu wstąpienia Polski do Unii Europejskiej Polacy przypuścili prawdziwy szturm na Wyspy. Kiedy Pan po raz pierwszy postawił stopę na ziemi św. Patryka? 

Piotr Sobociński
Piotr Sobociński, Pendragon Tours: Przyjechałem do Irlandii na krótko, do pracy. Nie planowałem zostania na dłużej w obcym mi kraju, w którym w dodatku nikogo innego nie znałem. Po kilku miesiącach miałem wrócić do Polski, do rodziny. Stało się inaczej, rodzina jest teraz ze mną w Irlandii, ja sam mieszkam tu już prawie 4 lata, prowadzę własną działalność i jak na razie nie myślę o powrocie do Polski. Irlandia bardzo mi się spodobała i to pod wieloma względami.

Pochylił się Pan więc nad mapą i szukał celu podróży. Co przemówiło na korzyść miasta Drogheda? 

Znajomy, który tam mieszkał, polecił mi to miasto. W Droghedzie miało być dużo pracy, a zakwaterowanie tańsze niż w Dublinie. Swój malutki pokój wynająłem przez internet będąc jeszcze w Polsce. Musiałem przywieźć ze sobą €250 plus drugie tyle jako depozyt. Były to dla mnie spore pieniądze, zwłaszcza że żadnej pracy nie miałem zapewnionej, ale podjąłem to ryzyko. Pierwszą pracę znalazłem po tygodniu, okazało się że na taki pokój można zapracować w trzy dni. Tak poznałem różnicę pomiędzy Polską a Irlandią w kwestii kosztów życia i zarobków.

Wielu na starcie Irlandia kojarzy się głównie z kamieniczkami w Dublinie i klifami Moher. Jak czas zweryfikował spojrzenie na typową irlandzką zabudowę? 

Drzwi dublińskich kamieniczek w stylu georgiańskim są rzeczywiście charakterystyczne, pojawiają się na kartkach pocztowych na równi z klifami Moheru i owcami na drodze.
Zabudowa w Irlandii jest dość płaska, a większość domów ma tylko jedno piętro. W miasteczkach charakterystyczne są różnokolorowe kolorowe fasady domów przy głównej ulicy, która często lekko pnie się w górę urozmaicając jeszcze bardziej linię domów. Domy są do siebie przyklejone, na dole mieszczą się w nich małe sklepy, puby i punkty usługowe, na piętrze są biura a czasem mieszkania i apartamenty.
W większości miasteczek czas jakby się zatrzymał, domy mają po 100 i więcej lat, taki sam układ ulic i te same domy widać na starych fotografiach wiszących na ścianach u fryzjera czy w banku. Nocą po zamknięciu wszystkich pubów i jadłodajni miasteczka po prostu śpią, jest cicho i spokojnie.
Takie właśnie obrazki są dla mnie kwintesencją zabudowy w Irlandii. Oczywiście muszę dodać do tego tysiącletnie okrągłe wieże oraz porośnięte bluszczem ruiny zamków i średniowiecznych opactw.

Jeśli już mowa o ruinach - na swoim blogu tak pisał Pan o wizycie w dublińskiej dzielnicy Ballymun: „Z daleka nie robi większego wrażenia. Ot, zwykle bloki mieszkalne. Dopiero z bliska widać, że coś z tymi blokami tak jakby jest nie tak.” Co jest w Irlandii nie tak z budownictwem wielorodzinnym?   
                                                                             
Irlandczycy nie mieszkają w blokach, bo w Irlandii nie buduje się bloków. Nie ma takiej potrzeby. Od pokoleń ludzie mieszkają w domach i nierzadko są to wielopokoleniowe parterowe domy. Zamiana domku z ogródkiem albo przynajmniej trawnikiem na mieszkanie w bloku na czwartym piętrze jest dla Irlandczyka nie do pomyślenia. To byłoby ograniczenie przestrzeni życiowej i pozbawienie tego, do czego się przyzwyczaił i z czym mu dobrze.

Ballymun - pustoszejąca dzielnica Dublina, fot. Piotr Sobociński

Osiedla bloków, które wybudowano w Dublinie w latach 60. stały się szybko symbolem najgorszej patologii zgromadzonej wokół klatek schodowych. Na tych osiedlach zamieszkali głównie najubożsi, bezrobotni konsumenci narkotyków i alkoholu, a dzielnica Ballymun stała się gettem Dublina. Duża część tych bloków jest już wyburzona, z siedmiu najwyższych XV-piętrowych wieżowców został tylko jeden, reszta dzielnicy przechodzi gruntowną przebudowę.

Są jeszcze osiedla w innych dzielnicach Dublina, jak w Dolphin’s Barn czy Inchicore – zabudowa jest tam nieco niższa, a w dzień można wejść bez strachu, jednak młodzież czasem dla zabawy podpala jakiś samochód. Zdecydowanie mieszkania w blokach nie są marzeniem mieszkańca Irlandii.

Całej Irlandii?

W Irlandii mieszka nieco więcej ludzi niż w Warszawie i jej okolicach, po co więc kazać ludziom mieszkać w blokach, skoro każdy może mieć zwykły dom? Dublin jest jedynym milionowym miastem na całej wyspie. Poza nim jeszcze tylko cztery miasta w Republice Irlandii mają populację powyżej 40 tysięcy mieszkańców. Większość ludzi mieszka w miasteczkach o połowę mniejszych niż Góra Kalwaria. Gdyby Irlandczycy nie wyjeżdżali na wakacje do Europy, to wielu z nich nawet nie widziałoby z bliska bloków mieszkalnych.
Cork, The Elysian, fot. Piotr Sobociński
Również wysokich biurowców w Irlandii nie jest za wiele. Najwyższym budynkiem w kraju jest The Elysian w Cork. Ma 17 pięter wysokości, oddano go do użytku dwa lata temu. Do dziś połowa pomieszczeń biurowych nie została wynajęta, bo są za drogie. 80% pięknych apartamentów również stoi puste. Nowoczesny stalowo-szklany wieżowiec był jednym z ostatnich budynków zbudowanych przed recesją. Duża część zabudowań Dublina, Cork czy Belfastu to czerwona cegła. Nowe biurowce w centrach miast przeplatają się z dawną zabudową i również są niskie.

A co z tak popularnymi w Polsce osiedlami deweloperskimi, często specjalnie strzeżonymi?

Bezpieczeństwo to ciekawy temat. W bardzo wielu domach zainstalowane są alarmy antywłamaniowe, które jednak często włączają się przez pomyłkę lub od wiatru. Jeśli ktoś pracuje na nocne zmiany, to musi się przyzwyczaić do spania ze stoperami w uszach, bo do wyjących alarmów nikt tu nie przyjeżdża. Monitoring osiedli na prowincji dopiero się rozwija. Puszka alarmu zawieszona od frontu może odstraszyć potencjalnego złodzieja -może taka jest ich główna funkcja. 
Osiedla z dodatkowymi bramami są nieliczne, ale budki strażnika najczęściej w ogóle nie ma. Przeciętne osiedle jest otoczone płotem albo murem, jest tylko jeden wjazd, a każda osiedlowa uliczka ślepo się kończy. Duży trawnik na środku, kilka drzew i domki najczęściej ustawione szeregowo albo bliźniaki. Przez domkami jest miejsce na zaparkowanie samochodów, z tyłu zaś koniecznie ogródek. Domki przeważnie są piętrowe, na górze się śpi, dół zajmuje część dzienna – kuchnia, jadalnia, salon. Tak wygląda standardowy dom.
W Dublinie i innych większych miastach kody dostępu do mieszkań w kamienicach są raczej normą. Zabudowa do czwartego piętra, wewnątrz niewielkie ciasne lokale, czasem dodatkowe kraty, można się poczuć trochę jak w małym polskim bloku, gdzie jest ciasno, a zejście z wózkiem po schodach oraz wysoki koszt wynajmu to cena mieszkania w Dublinie.
Kilka lat temu popularne stały się osiedla apartamentowców, w których mieszkania są większe i wygodniejsze, a co najważniejsze – nowe. Mieszkańcy apartamentów zamiast prywatnych ogródków przy domach mają do dyspozycji zielone skwery i place zabaw.

Zostańmy w temacie współczesnych irlandzkich domów jednorodzinnych. Hołdują one tradycji czy idą z duchem czasu?

O tradycji można mówić tylko w przypadku dużych rezydencji i rozległych posiadłości niewidocznych z drogi. Te domy trudno obejrzeć, chyba że się zna właścicieli. Zbudowane w różnych stylach, z pięknymi ogrodami, kryjące wiele tajemnic, często niszczejące i zaniedbane, są pamiątką po lepszych czasach.
Irlandia przez stulecia była bardzo biednym krajem. Mieszkali tu bogaci spadkobiercy angielskich, szkockich i irlandzkich właścicieli ziemskich, mieszczanie i kupcy, natomiast reszta budowała domy z kamieni, kryte strzechą, dwuizbowe, wielorodzinne. W XIX wieku Irlandię dotknęła klęska głodu, więc całe wioski z dnia na dzień pustoszały, ludzie umierali albo uciekali, zostawiając wszystko, czyli tak naprawdę nic.

Deserted Village - kamienne ruiny domów, fot. Piotr Sobociński

Opuszczone domy również wpisują się w krajobraz Irlandii. Ściany z kamienia, widoczny zarys dwóch albo trzech izb, z której jedna przeznaczona była dla zwierząt. Dach drewniany i pokryty słomą. Można czasem zobaczyć takie dawne chaty, odrestaurowane. Tworzą ciekawy kontrast.
Poszczególne domy mogą różnić się od siebie wieloma elementami, ale nie zmienia się jedno – kominek w salonie. Obecnie najczęściej jest elektryczny lub gazowy, ale powinien być. A nad kominkiem - lustro.

Gdzie najchętniej stawia się takie domy?

W Irlandii ludzie nie powinni mieszkać zbyt daleko od pubów, dlatego osiedla są wokół miast, zresztą w Irlandii samochód jest koniecznością. Czasem w miastach bywa ciasno, przez wąskie i jednokierunkowe uliczki i oryginalny rozkład zabudowań sprzed wieków. Centra handlowe bywają sprytnie wkomponowane w kamienice i zajmują całe kwartały ulic, pozostając z zewnątrz prawie niewidoczne. Częściej jednak są na uboczu miast.

Brytyjskie prawo budowlane słynie z różnych charakterystycznych restrykcji. Czy w Irlandii jest podobnie? 

Jest już tyle nowych zbudowanych domów, których nikt jeszcze nie kupił, że w Irlandii nie ma potrzeby bawić się w Boba Budowniczego. Szczerze mówiąc nie spotkałem się z kimś, kto chciałby wybudować tu swój dom od podstaw. Wierzę, że jest to możliwe, ale mogłoby długo potrwać, jak to w Irlandii.

Mamy więc w Irlandii nadmiar budynków „do wzięcia”. Niechciane bloki mieszkalne, jak te w Ballymun, są rozbierane, a co dzieje się z domami? 

Nowy wolnostojący dom na osiedlu, gdzie do niedawna mieszkałem (pół godziny drogi od Dublina) kosztował 3 lata temu 450 tys. euro. Obecnie kosztuje 220 tys euro i wciąż stoi pusty, nikt go nie kupił. Mimo spadku cen, nie ma na niego chętnych. A dom jest bardzo nowoczesny, ma 4 sypialnie na górze, przestronny salon z otwartym kominkiem (rzadkość w nowym domu), dużą kuchnię, jadalnię i trzy łazienki. Łączna powierzchnia to około 140 m2. Dom jest wykończony w każdym calu i wyposażony w meble. Nic tylko się wprowadzać. W Irlandii zbudowano za dużo domów i zabrakło ludzi, którzy mogliby w nich zamieszkać. Na jaki los te domy mogą być skazane? Czas pokaże.

Czy w irlandzkim krajobrazie łatwo rozpoznać dom Polaka? 

Trzy lata temu sprzedawałem ubezpieczenia i miałem sprzedawać je właśnie Polakom. Irlandczycy sami nauczyli mnie znaków, po których mogłem  rozpoznać polskie domy. Teraz to się zdezaktualizowało, po pierwsze ostatni Polacy, którzy dawali się łatwo rozpoznać wyjechali już z Irlandii rok temu, a po drugie ci, którzy zostali wyróżniają się głównie anteną satelitarną i językiem. Przy czym dotyczy to raczej dorosłych, bo dzieciaki czasem są nie do rozróżnienia.

Polacy wtopili się więc w irlandzki krajobraz, ale z pewnością nie przyjęli wszystkich tamtejszych obyczajów. Co z irlandzkiej zabudowy jest nie do przyjęcia przez większość rodaków?

Mogę zaryzykować twierdzenie, że większość nowych irlandzkich osiedli wybudowali właśnie Polacy, po czym wrócili do Polski, do swoich domów, które właśnie dzięki kilkuletniej pracy na irlandzkich budowach udało im się wreszcie ukończyć. Pracowało tu wielu dobrych fachowców, którzy mieli okazję skonfrontować to, jak sami budują swoje domy w Polsce z tym, jak Irlandczycy każą im budować swoje. Na pewno do dziś opowiadają swoim znajomym jakie to dziwaczne domy buduje się w Irlandii.

Z czym najbardziej nie zgadzali się nasi budowlańcy?

Drzwi irlandzkich kamienic, fot. P. Sobociński
Nie zgadzali się od samego początku – czyli od fundamentów. Zamiast piwnicy wylewa się tu 20 centymetrową warstwę betonu, dzięki czemu dom ma bezpośredni kontakt z wilgocią zawartą w ziemi. Dlatego w większości irlandzkich domów grzyb pojawia się już w trzecim roku od wybudowania. Budowa domu polega najczęściej na postawieniu na owej betonowej wylewce drewnianego stelaża, do którego potem mocuje się płyty kartonowo gipsowe i dopiero na koniec wzmacnia się cegłami, klinkierem i tynkiem, żeby wiatr nie przewrócił całego nowego osiedla. W Irlandii jest zupełnie inny klimat niż w Polsce i między innymi dlatego sztuka budowania domów też jest zupełnie inna.
Niektórym trudno to zrozumieć, dlatego nie przestaną narzekać na okna otwierane na zewnątrz, a więc trudne do umycia, na rury kanalizacyjne biegnące po zewnętrznej ścianie domu, na dwa krany w umywalce, na brak wystarczającego ocieplenia ścian, na mały kominek który ogrzewa tylko salon, na brak kontaktów w łazience, na zupełnie inne wtyczki gniazdka itd. Ci, którzy tu pozostali widocznie do tych rzeczy się przyzwyczaili.

Szukać ich z pewnością wypada tam, gdzie jest praca. Na ile warunki mieszkaniowe wśród polskich imigrantów zmieniły przez ostatnich kilka lat? 

Sytuacja rzeczywiście bardzo się zmieniła. Mój landlord sam zaproponował mi obniżenie czynszu po tym, jak jego bank obniżył mu ratę za dom, w którym mieszkałem. Ceny wynajmu poszły w dół, bo Irlandia nie jest już celtyckim tygrysem, tylko kotkiem, który żywi się suchą karmą z Lidla. Właściciele domów, którzy mają spłacać swoje kredyty przez kolejne 30 lat drżą na myśl, że przeprowadzimy się do tańszych domów na sąsiednim osiedlu. Stąd darmowe wymiany mebli i ogrzewanie za darmo na kolejne trzy miesiące, żebyśmy tylko porzucili myśl o przeprowadzce.

Czy w tej sytuacji odważni ruszają z zakupami domu?

Oglądając telewizję można mieć wrażenie, że Irlandia wychodzi z kryzysu. Jednak moim zdaniem sytuacja jest w dalszym ciągu niepewna. Teraz nie kupuje się raczej domów, tylko rezygnuje z podwójnych ubezpieczeń. Potrzeba trochę czasu zanim Irlandia podźwignie się ze strat, które spowodował przyjazd do pracy tysięcy ludzi.

Ten, kto jednak chciałby kupić w Irlandii gotowy dom, powinien przygotować kwotę rzędu…

Najpierw musi spełnić określone kryteria i mieć wkład własny. Kilka lat temu domy sprzedawano nawet tym, którzy nie mieli żadnych oszczędności. Apartamenty w centrum Dublina mogą kosztować 700 tys. euro, domy na obrzeżach stolicy – 450 tys. euro. Im dalej na północ kraju, tym taniej. Obszerny i wygodny dom z trzema sypialniami można tam kupić poniżej 100 tys. euro. A to tylko niecałe 2 godziny od stolicy.

Czy wielu Pana znajomych decyduje się na taki krok? 

Chyba raczej niewielu, znam tylko kilka osób. Dom to kredyt na kilkadziesiąt lat. Czasem kupiony jeszcze w czasach, kiedy praca była pewna na 200%. Dom może kupić tylko ktoś, kto chce tu zostać i ma pracę. Coraz więcej ludzi chce tu zostać, bo państwo może płacić za dom, zwłaszcza jeśli się nie pracuje. Wiele osób od lat wynajmuje domy, bo być może wrócą kiedyś do Polski albo wyjadą do innego kraju. Nie zdecydowali oni jeszcze, gdzie ma być ich dom.

Jak dużo przychodzi im płacić za ten wynajem? 

Wynajem mieszkań i pokojów jest najdroższy w Dublinie. Samodzielny apartament w centrum Dublina może kosztować 400-600 euro za miesiąc, pojedynczy pokój w większym domu – 250-350 euro. Na prowincji pokoje są nieco tańsze, 150-200 euro za miesiąc.
Ceny wynajmu całego domu z czterema sypialniami to miesięczny koszt w granicach 850-1400 euro (w okolicach Dublina) lub tylko 450 euro (jeśli jest to wyjątkowo nieatrakcyjny dom na prowincji).
Domy wynajmują chyba głównie obywatele innych krajów, czasami również sami Irlandczycy. Wynająć dom jest bardzo łatwo, wystarczy mieć pieniądze na depozyt i pierwszy miesiąc. Wynająć
pokój jest jeszcze łatwiej, ale wtedy nie wiadomo z kim się zamieszka. Kiedyś obowiązywała zasada, że koszt wynajmu domu/pokoju nie powinien przekraczać tygodniowych zarobków, bo życie nie polega na zarabianiu na same rachunki. Kryzys sporo zmienił, czasem trudno jest uzbierać na czynsz lub ratę kredytu.
 
O sam kredyt pewnie również jest trudniej?

Kilka lat temu można było wziąć kredyt na dom bez żadnego wysiłku, teraz już banki wymagają własnego wkładu, więc zbyt łatwo nie jest wziąć kredyt na dom.

I - jak Pan mówił – nie każdy by tego chciał. Czego brak Polakowi w Irlandii?

Niczego mi nie brakuje, podoba mi się tak jak jest. Wiele tu ładnych budynków, zarówno starych zabytkowych obiektów, jak i nowych rozwiązań architektonicznych. Te szeregi kolorowych domków mają swój urok, podobnie jak wiejskie puby na rozstaju dróg, porośnięte bluszczem ruiny zamków i innych kamiennych pozostałości. Do tego mam piękne widoki dookoła, jeziora, góry, morze i ocean, no i klify.

Dzisiaj więc Drogheda, a jutro? 

Na pewno nie zostanę w tym miejscu, gdzie teraz jestem. Ani dosłownie, ani w przenośni. Ale myślę, że moja przyszłość będzie związana z Irlandią.

Tego zatem życzę i dziękuję za rozmowę.
Malwina Wrotniak, Bankier.pl


17.03.2010

Wywiad ze mną - człowiek ONET-u

W cyklu "Ludzie Onetu" zaproponowano mi wywiad na temat obchodów dnia św. Patryka w Irlandii. Zbiegło się to z otwarciem mojej działalności wycieczkowej Pendragon Tours. Pełen tekst wywiadu jest tutaj.


Autor popularnego blogu o Irlandii, podróżnik, fotograf i samozwańczy badacz irlandzkiej historii oraz zaklętych w kamieniu zabytków przeszłości. Autor przewodnika po ciekawych miejscach w królewskim hrabstwie Irlandii, laureat konkursu fotografii amatorskiej oraz konkursu prozy związanego z Irlandią. Na co dzień mieszka wraz z rodziną w Irlandii. Jak świętuje Dzień Św. Patryka?


 
Czym jest w Irlandii Dzień Św. Patryka?

To święto narodowe Irlandii, dzień wolny od pracy i zajęty odświętnymi paradami, które zapełniają ulice miast i wsi. Data jest rocznicą śmierci patrona Irlandii, który po zaprowadzeniu na Zielonej Wyspie chrześcijaństwa, zbudowaniu wielu kościołów, klasztorów i szkół, poszedł prosto do nieba w 461 roku. Dlatego jest to radosne święto i mimo że wypada w środku Wielkiego Postu, to biskupi irlandzcy udzielili dyspensy, by tego dnia bawić się tak wesoło, jak w żaden inny dzień roku (czasem nawet do upadłego).

Patronowi Irlandii przypisywany jest symbol zielonej koniczynki, na przykładzie której tłumaczył ponoć poganom złożoność Trójcy Świętej. Koniczynka w dniu 17 marca jest więc obowiązkowa dla każdego, jak kawa i wuzetka w kultowym "Misiu". Św. Patryk według legendy wypędził z Irlandii węże. Faktem jest, że w tym kraju węży nie ma i prawdopodobnie nigdy nie było, a rzekome wypędzenie tych gadzin przez Patryka jest po prostu alegorią przegnania pogaństwa z Irlandii.

Jak wygląda tradycyjna irlandzka parada?

Każda parada wymaga wielu przygotowań i dużego zaangażowania. Niczym nie przypomina pierwszomajowych pochodów. Parada w Dublinie jest kulminacyjnym punktem 5-6-dniowego festiwalu, którego program jest wypełniony koncertami, pokazami ulicznymi, rozgrywkami, zabawami. Wiele firm i urzędów jest więc zamkniętych z tego powodu przez tydzień, również w mniejszych miastach. Najbarwniejsze korowody przechodzą oczywiście ulicami większych miast.



Każda grupa, która bierze udział w paradzie chce jak najlepiej wypaść, czyli efektownie, kolorowo, wesoło i głośno. Całe centrum Dublina jest od rana obstawione stróżami porządku. Ludzie, którzy chcą tylko popatrzeć, tworzą gęste szpalery wzdłuż trasy parady, zajmują wszystkie schody, płoty, latarnie, kosze na śmieci, parapety i balkony. Są odświętnie ubrani, przez co należy rozumieć zielone kapelusze, zielone farbki na twarzy oraz czapki z rogami Wikingów, zielone wstążki, baloniki, trąbki, okulary, flagi oraz wszelakie przebrania w kolorze zielonym. Zieleń w tym dniu jest wszechobecna i trudno znaleźć w pobliżu parady kogoś, kto by o tym zapomniał. Ciekawostką jest, że kolor irlandzkich łąk, pól i wzgórz nie pochodzi z czasów samego Patryka, bo biskup nosił się raczej na niebiesko. Zieleń stała się symbolem Irlandii dużo później.

Uczestnikami parady w Dublinie mogą zostać wszyscy, którzy wcześniej zgłosili organizatorom taki zamiar i zapłacili 100 euro obowiązkowego ubezpieczenia od każdej grupy. Parada wyrusza w samo południe spod teatru Gate i wolnym krokiem przemieszcza się trasą prowadzącą przez główne ulice Dublina.

 

Mijają nas kolejne barwne grupy ludzi wspierane czasem przez różne przedziwne pojazdy jadące, ciągnięte lub pchane, fantazyjne ruchome konstrukcje, dmuchane kilkumetrowe kształty, kolorowe i wymyślne przebrania, trąby, werble, puzony, piszczałki, kobzy, całe orkiestry w galowych mundurach, tysiące twarzy z różnych stron świata, uliczne tańce synchroniczne, smoki, robale, rakiety kosmiczne, węże, pająki, hinduskie boginie, słonie… Długa, zielona, wijąca się ulicami stolicy współczesna wieża Babel, w której każdy mówi innym językiem, ale rozumieją się wszyscy bez słowa.



Dookoła uśmiechy, żarty, wzajemne poklepywania, zdjęcia w towarzystwie zielonych leprechaumów, plastikowe kubki z piwem. Parada kończy się przy Katedrze św. Patryka i wtedy jej uczestnicy zamieniają się w obserwatorów, bo całe przedstawienie trwa dwie godziny. Kierowcy w Dublinie mogą sobie w tym dniu zrobić wolne, bo wielobarwny tłum przemieszcza się potem głównymi ulicami do godzin popołudniowych. Jeżdżą głównie autobusy i taksówki. Wiele różnych języków wokół, wiele życzliwości, uśmiechów i zieleni. Tego dnia każdy staje się tu Irlandczykiem, potem może mieć najwyżej kaca...

W paradzie biorą udział grupy z różnych krajów pokazując wszystkim: "mieszkamy tu, cieszymy się dziś tak samo, a to są nasze stroje ludowe, a to nasze piszczałki i bałałajki". Idą Niemcy, Bułgarzy, Turcy, Szkoci, Hindusi. A Polacy… wolą popatrzeć. Brakuje nas co roku na tych paradach, choć jesteśmy najliczniejszą mniejszością w Irlandii. Nie mamy czego pokazać? Nie umiemy się cieszyć? Za mało nas? A może nam nie wypada?

A jak wyglądają parady w mniejszych miastach?

Mówi się, że Irlandia to jedna wielka wieś. Jest w tym sporo racji, ale to nie do końca prawda. Na prowincji parady również stanowią manifestację i prezentację lokalnej społeczności, tyle że ta różnorodność zmniejsza się wraz z liczebnością mieszkańców. W paradach biorą udział więc szkoły, kluby sportowe i konne, większe i mniejsze sklepy samoobsługowe, oddziały Gardy, straży pożarnej i obrony cywilnej, szpitale, najstarsze w hrabstwie samochody i najmłodsze szkoły nauki jazdy (w liczbie dwóch pojazdów). Każdy może się załapać, każdy może przedłużyć paradę i powiększyć frajdę innych mieszkańców. Pracownicy z lokalnego kebabu czy chińskiej jadłodajni też są witani owacyjnie i nie ma w tym niczego dziwnego. Są przecież nasi, idą w paradzie.



Każde miasteczko w tym dniu chce mieć swoją paradę, czasem więc trzeba łączyć siły, żeby wydłużyć przyjemność. Dlatego niekiedy kawalkada traktorów, ciężarówek, vanów i odświętnie wyczyszczonych pojazdów rolniczych jedzie kilkanaście kilometrów do drugiego miasteczka, gdzie już czeka kolejny szpaler zielonych wesołych ludzików i tam też wszyscy głośno krzyczą, tańczą i są zadowoleni. Miałem przyjemność uczestniczyć również w takiej paradzie - z kumplami z pracy staliśmy na przyczepie traktora jadącego przez kilometry łąk i pól, piliśmy z puszek bulmersa i chybocząc się i rechocząc zbieraliśmy siły do kolejnego pokazu we wsi Mullagh. Przed nami na dużej platformie ciągniętej przez ciężarówkę tańczyło lokalne koło gospodyń wiejskich. Za nami jechał jakiś kombajn. Obok na białym koniu siedział św. Patryk, bo każda irlandzka wieś zasługuje w tym zwariowanym dniu na zobaczenie z bliska swojego patrona z kosturem.
 

Ale ten dzień świętuje się nie tylko w Irlandii...

Pierwszą paradę z okazji dnia św. Patryka urządzili irlandzcy żołnierze służący w brytyjskiej armii stacjonującej w USA. W roku 1762, w dniu irlandzkiego święta, wojacy przemaszerowali przez Nowy Jork, poruszając rytmem swoich kroków inne irlandzkie serca, które wcześniej wyemigrowały z Zielonej Wyspy. Ten patriotyczny marsz, który przypominał Irlandczykom o ich korzeniach, został w następnym roku powtórzony w kolejnych miastach Ameryki, a dopiero potem ruszyły pierwsze parady w Irlandii.

W XIX wieku w wyniku Wielkiego Głodu wyjechało z Irlandii ok. 1,6 miliona ludzi i każdy z nich zabrał ze sobą trochę irlandzkiej tradycji, której częścią była już świąteczna parada. Obecnie za granicami Irlandii mieszka tyle samo Irlandczyków co w ich starym kraju, więc nic dziwnego, że dzień św. Patryka obchodzi się już na całym świecie. Popularność, magnetyzm i tajemniczość kultury celtyckiej spowodowały, że teraz w wielu miastach Polski w tym dniu organizowane są pokazy irlandzkiego tańca i muzyki, w Melbourne i w Tokio leje się do kufli w pubach zielone piwo, a w Chicago do rzeki płynącej przez środek miasta wlewają właśnie fluoroscencyjny barwnik (podobno nieszkodliwy dla ryb), który na pół dnia zabarwi na zielono Chicago River wzdłuż całej metropolii.

Paddy’s Day na całym świecie trzeba uczcić w pubie, bo to przecież festiwal irlandzkiej muzyki, tańca, zabawy ale i też jedzenia i picia. Irlandzkie prawo dopiero w 1970 roku zezwoliło na picie alkoholu w tym dniu, wcześniej puby były po prostu pozamykane. Teraz ktoś, kto następnego dnia musi iść do pracy jest biedny. Szalona zabawa w pełnych zieleni irlandzkich pubach trwa długo i nie kończy się na dwóch pintach Guinnessa.

Warto zwrócić uwagę, że to święto celebruje się na całej Wyspie, zarówno w Republice, jak i w Irlandii Północnej. Św. Patryk żył na długo przed konfliktem angielsko-irlandzkim, więc to, czy ktoś teraz jest katolikiem czy protestantem nie ma w tym dniu żadnego znaczenia.

Zostawmy już św. Patryka. Jak znalazłeś się w Irlandii?

Szukałem lepiej płatnej pracy. W Polsce wciąż nie jest łatwo, zwłaszcza jak się ma troje dzieci. W 2007 roku wybrałem wariant "rozdzielenie", żeby spłacić komorników i zacząć żyć normalnie. Chyba się udało, już mnie nikt nie ściga. Decydując się na wyjazd z Polski, byłem doprowadzony do ostateczności, więc byłem gotowy przyjąć każdą pracę, odkładając swoje dyplomy na dno szuflady. Miałem to szczęście, że kiedy tu przyjechałem, wystarczyło tylko trochę poszukać i o połowę skrócić na papierze swój życiorys, żeby znaleźć nieźle płatną pracę. Teraz nawet wydłużanie życiorysu nic nie daje, bo o pracę jest w Irlandii bardzo trudno.

Przyjechałem w ciemno. Już po tygodniu szukania pracy zacząłem jako kelner w restauracji, ale wyleciałem z roboty po trzech dniach, bo zbyt długo przyswajałem irlandzki akcent. Potem przez trzy tygodnie układałem towary na półkach stacji benzynowej, aż znalazłem pracę w swoim zawodzie masażysty. Pech chciał, że było to w maleńkiej miejscowości, więc moja szefowa po trzech miesiącach zaproponowała mi przejście na part-time, gdyż nie stać jej było na płacenie mi za cały etat. Mnie nie było z kolei stać na part-time, więc popracowałem sobie potem rok w supermarkecie, a kolejny rok w firmie ubezpieczeniowej. Niestety nie miałem okazji popracować na zmywaku, na którym podobno wszyscy Polacy w Irlandii pracują, ale za to miałem okazję pobyć bezrobotnym. Ostatnio otworzyłem swoją firmę, bowiem w sytuacji, kiedy nikt nie chce ci dać pracy, trzeba ją sobie wziąć samemu. Zwłaszcza, że Irlandia sprzyja małym firmom.

Co to oznacza?

Oznacza to, że jeżeli masz pomysł, to możesz zarabiać od zaraz. Rozpoczęcie własnej działalności to minimum formalności i praktycznie żadnych opłat, jedynie 20 euro za rejestrację swojej nazwy. Nie płaci się tu obowiązkowego ubezpieczenia w wysokości minimalnego miesięcznego wynagrodzenia. Nie trzeba robić swojej pieczątki, zatrudniać księgowej. Można dostać jakieś dofinansowanie, jeżeli business plan spodoba się w miejscowym urzędzie, gdzie urzędnicy się uśmiechają i pomagają. Wystarczy mieć pomysł i chęci.

A ty jaki miałeś pomysł?

Wydaje mi się, że dobry, a jak będzie naprawdę, czas pokaże. O mojej firmie opowiem więcej za jakiś czas
na blogu. Jak się interes rozkręci

 . 

Twój blog o Irlandii jest bardzo popularny, skąd to się wzięło?

Staram się regularnie opisywać i pokazywać moim czytelnikom to, co widziałem. Może stąd ta popularność. Pokazuję Irlandię tym, których ten kraj interesuje, ale tu nigdy nie byli. Tym, którzy tu są, ale mają zbyt mało wolnego czasu, żeby coś zobaczyć, oraz tym, którzy tu byli, wrócili do Polski i dzięki mnie odświeżają wspomnienia.

Poznałem osobiście wielu swoich czytelników, dzięki temu mam się gdzie zatrzymać, gdy jestem w podróży. Na blogu staram się również wyjaśniać różne irlandzkie zagadki, które dziwią przybyszów, np. dlaczego używa się tu dwóch kranów, albo dlaczego w sklepie nie trzeba mieć końcówki w postaci miedziaków.

Powiedz coś o nagrodach, które wygrałeś...

Wygrałem tu konkurs fotografii amatorskiej i konkurs prozy. Robię bardzo dużo zdjęć, więc wybrałem kilka i okazało się, że dwa z nich powieszono na samej górze wystawy. Było to dla mnie duże przeżycie, bo właśnie tam, w Newgrange, trzy lata temu, ujrzałem Irlandię prehistoryczną i to otworzyło mi oczy na tutejsze zabytki. Na polonijny konkurs poezji i prozy związanej z Irlandią wysłałem opowiadanie, które oparłem również na historii Irlandii. Zdobyte nagrody pozwoliły mi zobaczyć jeszcze więcej.

Co twoim zdaniem w Irlandii warto zobaczyć?

Warto samemu zobaczyć, dlaczego Irlandia nazywana jest Zieloną Wyspą. Da się to już zrozumieć patrząc z samolotu o dowolnej porze roku. Warto zmieszać się na chwilę z tłumem na głównej ulicy Dublina, by poczuć, że ludzie są tu zupełnie inni niż w Polsce. Warto pojechać w jakąkolwiek stronę, żeby zobaczyć piękne widoki, ujrzeć malownicze góry, zielone pastwiska i urwiste klify. Morze Irlandzkie i Ocean Atlantycki, kosmopolityczny Dublin i Belfast podzielony linią pokoju. Irlandzkie słońce i irlandzki deszcz oraz tęcze, które widać tu co chwilę. Tysiącletnie celtyckie krzyże stojące gdzieś w polu i okrągłe wieże, jakich nie ma nigdzie indziej na świecie. Grobowce korytarzowe sprzed 5000 lat, porośnięte bluszczem ruiny zamków i klasztorów, stojące pośród pól rzeźbione wysokie kamienie, których nie ma na mapach i wielotonowe dolmeny, które zadziwiają swoją konstrukcją. Kamienne forty stojące na urwiskach nad oceanem, przepiękne malutkie wyspy, na które trzeba dolecieć rozlatującym się samolotem albo dopłynąć łodzią. Irlandzkie puby, które pełne są niepowtarzalnego klimatu, wesołej muzyki granej na żywo, tańca, radości, Guinnessa i historii. Irlandzka whisky, irlandzkie twarze, irlandzki luz. Tu nie trzeba się spieszyć. No, chyba że na paradę, bo św. Patryk zaprasza tylko raz w roku. Nie warto odmawiać.