10.12.2013

Scrabo Tower

Wieża Scrabo jest przez miejscowych nazywana strażnikiem północnego wybrzeża hrabstwa Down w Irlandii Północnej. W tamtych czasach Brytyjczycy panujący nad Irlandią obawiali się ataku Napoleona, więc zbudowali wieżę obserwacyjną. Liczyli na to, że z daleka zabaczą francuskie statki.



Napoleon jednak nie był wcale zainteresowany podbijaniem Irlandii. Tam było za daleko, zbyt wietrznie i w ogóle tam nie padał śnieg. A tradycyjny Irish Breakfast zniechęcał Napoleona całkowicie. Ostatecznie Napoleon nigdy nie najechał na Irlandię chociaż był bardzo blisko. Nawet na klify Moher mu się nie chciało skoczyć.



Może Scrabo Tower wygląda okazale z morza, ale za każdym razem jak tam jestem to łapię same chmury i nieciekawe ujęcia.



O historii wieży można poczytać w necie albo na tabliczkach informacyjnych.



A z góry są widoki na całe hrabstwo Down, morze i Szkocję.

6.12.2013

Słoma, siano i sitowie - muzeum wsi irlandzkiej




Żeby obejrzeć zbiory Muzeum Narodowego związane z życiem na irlandzkiej wsi, trzeba wybrać się z Dublina w dłuższą podroż. Zajmuje to około trzech godzin w jedną stronę. Pozostałe trzy oddziały Muzeum Narodowego są w Dublinie, tylko ten jeden jest wyjątkowo daleko - niedaleko Castlebar. 


Muzeum Narodowe Irlandzkiej Wsi jest dobrze oznakowane, ale gdyby ktoś zabłądził, to mniej więcej tysiąc lat temu mnisi tu postawili kamienną wieżę jako znak rozpoznawczy. W tym pasterskim krajobrazie widać ją z daleka.



Spory i pełny parking oznacza, że mimo sporej odległości od stolicy przyjeżdza tu dużo ludzi.



Na początku skansenu, tuż przy parkingu stoi chata wybudowana kilka lat temu, ale zgodnie z informacjami na tabliczkach jest skonstruowana i osmolona dymem z torfu zgodnie z architektonicznymi trendami XIX wieku. Tablice informacyjne zdradzają szczegóły tej niesamowitej konstrukcji, która jest zbudowana z błota, siana i gałęzi ale nie przepuszcza deszczu.



W środku na obrazkach można obejrzeć jak kiedyś układano deszczoodporną słomę i jak robiono okna bez szyb, tak żeby nie przepuszczały nawet wiatru. W dalszej częsci muzeum wyjaśnione jest jak ogrzewano chałupy przy pomocy torfu wykopanego z ziemi, jak dziergano swetry z owiec i jak robiono buty z ich skór.



Podróż w dawną irlandzką wieś trwa. Słoma, siano i sitowie - źdźbła traw okazują się najlepszym surowcem do wyrobu wszystkiego, co potrzebne w gospodarstwie. Ta część ekspozycji przemówiła do mnie najbardziej.



Dowiedziałem się że ze słomy, siana i sitowia można zrobić praktycznie wszystko. Nie podaję tu wielu przykładów (sami sprawdźcie, wstęp wolny), ale ekspozycja jest bogata i inspirująca. Tuż obok są przykłady przedmiotów codziennego użytku wykonane z kawałków drewna i blachy. Niektóre z nich są bardzo tajemnicze.



W muzeum są przeróżne warsztaty i pracownie - szewc, krawiec, stolarz, blacharz, cieśla, szklarz, weterynarz, kowal, bednarz. Wszystko to już historia, bo teraz jest IKEA, Galeria Mokotów, Blanchardstown i TESCO.
 W muzeum jest też klasa z nauczycielem i chata rybaka. 









Na samym dole muzeum irlandzkiej wsi - ni z gruszki ni z pietruszki - pojawia się ekspozycja związana z irlandzkimi siłami zbrojnymi. Są filmy, medale i czapki, które można sobie założyć i wrzucić potem na fejsbuczka. Są też irlandzkie ołowiane żołnierzyki - niestety za szybą.



Po wyjściu na powierzchnię można pospacerować po wiejskiej okolicy, obejść malowniczy staw z łabędziami, trochę zmarznąć a potem zagrzać się w szklarni pełnej tropikalnych kwiatów. Następny przystanek - wyspa Achill.

29.11.2013

Wagonik na wyspę Dursey

Na końcu półwyspu Beara w zachodnim Cork, tam gdzie kończy się droga, znajduje się mała budka z informacją jak można się dostać na wyspę Dursey. Do budki przyczepione są liny, po której właśnie jedzie w naszą stronę mały wagonik wracający z Dursey.





Jedyna w Irlandii kolejka linowa powstała po to, aby na niewielką zieloną wyspę przewozić owce na czas wypasu. Dopuszczalne obciążenie wagonika - jedna krowa lub 6 owiec. Teraz wagonik wozi głównie turystów ale pierwszeństwo mają mieszkańcy wyspy (stałych mieszkańców jest tylko 6), ich owce oraz zakupy zrobione w najbliższym Tesco (do Bantry jest 70 km).



Prawdziwy koniec Irlandii. Europy koniec.



Kupujemy bilety, ustawiamy się w kolejkę. Wagonik wraca co 15 minut i zabiera tylko 6 osób. Wyobrażam sobie ile czasu tu się czeka w sezonie.



Wchodzimy do środka, wagonik się buja, ale to dopiero na zachętę. Ktoś zamyka i rygluje drzwi, krajobraz za oknem zaczyna się przesuwać. Drewniane deski podłogi skrzypią, szpary pomiędzy nimi świecą blaskiem oceanu a na ścianie wisi psalm 91 przypięty kolorowymi pinezkami.



W połowie drogi jadąca z nami kobieta wyciąga telefon i zaczyna wybierać numer. Pytam ją zdziwiony: "Masz tu zasięg?". "Tak, w połowie liny zaczyna się zasięg i jest na całej wyspie". To jedna z mieszkanek Dursey. Wiatr buja wagonikiem. Ląd się oddala, wyspa się przybliża.



Wysiadamy z wagonika czując znowu pod nogami stabilne podłoże. Nasza znajoma z owczego wagonika wsiada do czekającego na nią samochodu i odjeżdża wraz ze swoim pudłem zakupów. Zerkam na dyski na szybie auta, wszystkie opłaty od dawna nieważne. Ba, nawet tablica rejestracyjna odpadła.



Jedyna droga prowadzi do wioski w środkowej części wyspy. Na Dursey nie ma pubów, sklepów ani restauracji. Większość domów jest niezamieszkana ale mimo to jest tu trochę ludzi. Ktoś stoi przy betoniarce, ktoś niesie dziecko na barana, górą idzie wężykiem kilku turystów, ktoś je kanapkę na klifach. Naprawdę pusto i cicho musi tu być dopiero po odjeździe ostatniego wagonika.




Pogoda zmienia się już czwarty raz. Rozglądam się za kamiennymi fortami, klasztorami, kamieniami z dziurą, dolmenami, menhirami, ale nic takiego tu nie przetrwało. Stoją tylko jakieś smętne pozostałości po jakimś średniowiecznym czymś. Nawet tabliczki nie ma. Albo nikomu tu się nie chciało zapuszczać do zachodniego Cork, albo kamienne pomniki nie przetrwały do naszych czasów. Na wyspie jest cicho, spokojnie, leniwie, ładnie, pusto, groźnie i refleksyjnie.





Pora wracać na dworzec kolejowy. Wybieramy drogę przez najwyższe wzgórze żeby złapać więcej widoków. Niestety zaczynają się gromadzić chmury i zrywa się zimny wiatr. Dochodzimy do końca liny, która łączy wyspę z lądem (a raczej drugą wyspą). Stajemy na końcu kolejki na betonowej platformie. Nie ma tu żadnej osłony przed wiatrem ani deszczem. Współczuję facetowi, który stoi z czwórką dzieci za nami, ma na sobie tylko krótki rękaw. Jak wyjeżdżał z Irlandii to było jeszcze lato. Wypatrujemy wagonika i liczymy ludzi przed nami. Z pewnością dziś wrócimy na ląd, ale kiedy? 6 osób co 15 minut - ten cykl się ciągnie i ciągnie.



Wagonik znowu nadjeżdża a pogoda się zmienia dwunasty raz. Ze środka nikt nie wysiada. Szlag by to trafił, pięć osób chciało się tylko przejechać bez wysiadania, dlatego w drogę powrotną może się zabrać tylko jedna osoba. Wszyscy na betonowym peronie wymieniają półgębkiem uwagi. Czeka nas ekstra kwadrans na coraz zimniejszym wietrze. Facet w krótkim rękawie jest twardy jak skała. Zakładam kaptur i chowam się za peronem. Leon zapala papierosa i twardo trzyma naszą kolejkę do kolejki linowej, która ma nas zabrać z powrotem do cywilizacji.



Wreszcie siedzimy w chwiejącym się powrotnym wagoniku. Okazuje się, że limit 6 osób dotyczy tylko dorosłych, tego nie mówili jak sprzedawali bilety. Dzieci, wózki i zakupy się nie liczą. Dzięki temu jest nas tu sporo. Nasza czwórka, zsiniały krótki rękaw wraz z małżonką, ich czeredka i wózek. Gdyby wsiadło za dużo ludzi, to operator przemówiłby z głośnika. Oko kamery jest tuż pod sufitem. Wreszcie wagonik dojeżdża do Irlandii, odpalam silnik i natychmiast włączam ogrzewanie. Pora jechać do jakiegoś pubu z rozpalonym kominkiem.