21.12.2010

Latarnia Fastnet

Latarnie morskie są nieodłącznym elementem kraju otoczonego ze wszystkich stron wodami. Szczególnie jedna latarnia mnie ostatnio zafascynowała, dlatego dziś będzie o Fastnet. Leży na maleńkiej skalistej wysepce, najbardziej na południe wysuniętym fragmencie Irlandii. Irlandzka nazwa wyspy oznacza „wystająca z morza skała”. Wikingowie zwali ją „wyspą o ostrych zębach”. W XIX nazwano ją „łzą Irlandii”, bo była ostatnim jej skrawkiem widzianym przez ludzi uciekających przed klęską głodu do Ameryki. Dla wielu z nich był to w ogóle ostatni widok stałego lądu w życiu.
  
Z kolei dla żeglarzy zbliżających się do Irlandii Fastnet była pierwszym i nierzadko niespodziewanym i groźnym kawałkiem stałego lądu. Szczególnie bolesne bywały takie spotkania w nocy i we mgle, a wzburzone wody Atlantyku łapczywie wchłaniały żeglarzy i ich statki rozgryzione na pół kamiennymi zębami małej wysepki. W połowie XIX na skale rozbłysło światło. Od tej pory Fastnet zamiast odbierać żeglarzom życie dawał im nadzieję jako jedna z najokazalszych latarni morskich w Irlandii.
   
Aby dziś dostać się w pobliże latarni trzeba mieć trochę gotówki (100 euro od osoby) i znaleźć szypra, który tam zechce popłynąć. Fastnet jest oddalona od stałego lądu o około 6 kilometrów. Rejs nie obejmuje cumowania do wyspy ale w cenę wliczony jest lunch. Nie jest wcale łatwo znaleźć kapitana gotowego popłynąć na Fastnet dlatego mogę polecić Cona Minihane z Baltimore (najlepiej złapać go pod komórką +353 (0)87 273 8368). Rejs po Atlantyku trwa cały dzień, a Con zna mnóstwo opowieści i legend związanych z latarnią Fastnet.
Zbudowanie latarni morskiej o wysokości prawie 50 metrów na skalistej wysepce, którą można by obejść w 5 minut, oddalonej od lądu o 6 kilometrów trwało 7 lat. Specjalna tabliczka powinna upamiętniać nazwiska ludzi, którzy zbudowali Fastnet na najbardziej niegościnnym terenie w najbardziej ekstremalnych warunkach jakie można sobie wyobrazić. Efektem ich pracy jest najwyższa w Irlandii latarnia morska, której światło widoczne jest z odległości 50 km.  
  
Obecnie wszystkie latarnie w kraju sterowane są centralnie przez Dublin ale do 1989 roku pracowali tu latarnicy. Jeden człowiek z dużym zapasem żywności i krótkofalówką zamknięty na dwa tygodnie w wieży wystającej z huczącego oceanu, bezbronny wobec wszystkich żywiołów miał za zadanie zapalać światło i wypatrywać dzień i noc statków. Skrzydła drzwi do latarni Fastnet ważą w sumie tonę i jest to bardzo dobre zabezpieczenie, bo pierwszą latarnię z 1854 roku powalił ogromny sztorm a jej kikut jest widoczny tuż obok obecnej latarni z 1904 roku. Na filmie, który ostatnio oglądałem kilku emerytowanych latarników opowiadało z szacunkiem o perfekcyjnej konstrukcji latarni oraz o pewnej zimie, kiedy trzech latarników spędziło całą zimę na Fastnet. Odcięci od lądu i dostaw żywności byli prawdziwymi więźniami oceanu czekającymi aż będzie mogła podpłynąć po nich jakaś łódź.
   
W książce Éamona Lankforda pt. „Fastnet Rock” wymienione są niektóre wydarzenia XX wieku, zaobserwowane przez pracujących tu przez prawie 80 lat latarników. Rok 1912 - największy okręt świata płynie do Ameryki (Titanic, potem góra lodowa i 1517 ofiar). Rok 1915 – niemiecka łódź podwodna U-20 tuż pod powierzchnią wody (kilka godzin później zatopiła okręt RMS Lusitania - 1198 ofiar). Rok 1979 – sztorm podczas regat z Plymouth, 15 ofiar mimo szybkiej akcji ratunkowej przy udziale helikopterów RAF-u.
  
Helikopter jest jedynym środkiem transportu pozwalającym znaleźć się na skalistej wysepce Fastnet i obejrzeć wszystkie 15 pięter latarni morskiej z bliska. Możecie to obejrzeć na tym filmie. Zdjęcia Fastnet z bliska zawdzięczam Jankowi Klossowi.

Jeszcze jeden najstarszy pub - The Cock Tavern


Przyzwyczaiłem się do tego, że czego tu nie mijam, to jest NAJ. Tym razem zatrzymałem się przy pubie The Cock Tavern w Gormanston na granicy hrabstwa Meath, w pobliżu Balbriggan, prawie nad morzem, krzyczał już z daleka, że jest najstarszy. 


Barman potwierdził, bo co innego mógł zrobić. Mógł nie wiedzieć, że najstarszy pub w Irlandii jest w Athlone i to starszy o jakieś 500 lat. Powiedział mi, że najstarsza i oryginalna część pubu jest za tymi drzwiami, gdzie jest właśnie mecz Portugalia – Finlandia. Obejrzałem sobie spalonego w ostatniej minucie, a obok mnie farmerzy albo rybacy rżnęli w karty. 
 
Pub, do którego dziś nie zapraszam jest raczej nudny. W najstarszej części, gdzie kiedyś rybacy, szmuglerzy i pasterze kończyli pracę teraz starzy Irlandczycy leniwie sobie gaworzą, grają w pokera i patrzą na futbolowy telebim. Stół do bilarda stoi pusty. Na ścianach jakieś malunki sprzed kilku lat. Ogólnie jest drętwo dla kogoś, kto wpadł tylko na szklaneczkę guinnessa. Ducha wieków tu trudno poczuć. Sala obok jest pięknie naszykowana na jakieś wesele za dwa dni, pusto. Z zewnątrz pub też nie wygląda zbyt zachęcająco. Strzechy już dawno nie ma. 

 
Pub w Gormanston może nie wygląda najlepiej, ale był świadkiem sporego kawałka historii Irlandii. Stacjonowali tu Normanowie, potem żołnierze Cromwella, na koniec wojownicy swojej słusznej protestanckiej sprawy. Może jest to nawet jakieś ważne miejsce, bo kilometr dalej jest Army Camp, gdzie mnie nie wpuścili. Widziałem wojskowych z karabinami, biegiem wracali znad morza. Sami chcieli, to biegają, tu służba wojskowa jest dla tych co chcą. 

 
Jeżeli już ktoś tu przyjedzie, to może zajrzeć do krytego strzechą pubu po drugiej stronie ulicy, Huntsman Inn. Nie jest stary, ale przynajmniej ładnie wygląda i grają tam dobrą muzykę. I jest pokryty świeżą strzechą :)

 
Też jest pustawy, nawet w piątek wieczorem. Z budki telefonicznej na sali U2 można zawołać taksówkę. W sobotę wieczorem jest fajna muzyka na żywo. 
 

17.12.2010

Athenry - miasto średniowieczne

W drodze powrotnej z Patrykowej parady w Galway zatrzymałem się w średniowiecznym miasteczku Athenry, które słynie z tego, że jest najlepiej zachowanym średniowiecznym miasteczkiem w Irlandii.
  
Tu nowoczesność miesza się ze starociami. Zjechałem z płatnej autostrady M6 oddanej do użytku miesiąc wcześniej i 300 metrów dalej wjechałem do miasta przez bramę z XIV wieku, która ma tylko jeden pas ruchu. Takich oryginalnych bram i wież obronnych zachowało się tu w mieście jeszcze kilka. Najwięcej w kraju.
  
Athenry to jedno z szesnastu irlandzkich „heritage towns”, czyli miast przechowujących dziedzictwo kulturowe Irlandii. Oryginalny układ wąskich uliczek, kolorowe kamienice, samochody zaparkowane na podwójnej żółtej linii, cierpliwość i uprzejmość kierowców puszczających się nawzajem przodem, skrzyżowania których nie sposób pokonać bez wjeżdżania na krawężnik, ludzie spacerujący środkiem drogi, dialogi miejscowych farmerów wyłapane przez otwarte okno… Przedsmak średniowiecznych spokojnych i leniwych irlandzkich osad położonych z dala od wszystkiego dawno temu… Zaparkowałem, włożyłem za szybę bilecik i podszedłem do pierwszej widocznej starej budowli – zamku z 1250 roku. Zamek był zamknięty.
  
Nie czekałem do kwietnia. Skierowałem się w stronę wieży kościoła, która wygląda identycznie jak ta, którą widzę codziennie z mojego okna. Taka siostrzana wieża średniowieczna. Dlatego nie spodziewałem się po niej wiele… Ale...
  
W środku przywitała mnie cicha muzyka, ciepło i urocza kruczowłosa Irlandka. Spytała, czy życzę sobie, by mnie oprowadzić po muzeum… Życzyłem sobie. Spędziliśmy w tym starym kościele ponad godzinę. Cała historia średniowiecznego miasta stanęła przede mną otworem, wraz ze szczegółowym omówieniem murów miasta – około 80% oryginalnych murów zachowało się do naszych czasów. Osiedla, kolej, Garda, straż pożarna, sklepy, bukmacher – wszyscy funkcjonują teraz w granicach średniowiecznych murów. Na pobliskie pastwiska można dojść tylko przez istniejące bramy lub nieistniejące fragmenty murów.
  
Moja Lucy przybliżyła mi również średniowieczne stroje, zwyczaje oraz ówczesne techniki przymusu. Najbardziej spodobały mi się ruchome dyby – skuwano w nie dwóch skłóconych ze sobą ludzi na jakiś tydzień i musieli sobie oni radzić jako tymczasowi bracia syjamscy. Miałbym kilku świeżych kandydatów, gdyby tylko nie mieli immunitetu...

 
Na zewnątrz toczyło się codzienne życie pasterskiego Athenry, ale ja byłem przeniesiony jakieś 800 lat wstecz. Spytałem Lucy, czy jest jakaś szansa, żeby zobaczyć ten zamknięty na zimę pobliski klasztor dominikanów. Znowu okazało się, że kto pyta nie błądzi. 

  
Zawołany przez przemiłą Lucy niejaki Seamus Lynch wyszedł z pobliskiego lokalu bookmachera i chrząkając pod wąsem krótko mi się przedstawił a za chwilę przedstawił całe miasto, które już trochę znałem z opowieści Lucy. Był to starszy już gość w czerwonym krawacie i bardzo zmiętolonym garniturze. Z samego wyglądu sprawiał wrażenie, że wie więcej niż cała wikipedia. Wytłumaczył mi, że wczoraj przegrał kupę kasy na konnych wyścigach i dziś musi się odegrać, więc nie ma dla mnie zbyt wiele czasu. Idąc w stronę ruin klasztoru dominikanów dowiedziałem się, że właśnie mijam jedyny w Irlandii „market cross”, który stoi w miejscu gdzie go oryginalnie postawiono setki lat temu.
  
Faktycznie, w mojej wiosce „market cross” czyli krzyż targowy został przeniesiony pod daszek 30 lat temu. Stary celtycki krzyż, który kiedyś ustawiano w targowym centrum miasta na skrzyżowaniu dróg. W miarę pojawiania się samochodów krzyże przenoszono, by uchronić je od kolizji z irlandzkimi kierowcami. 
   
Szczerze mówiąc na powyższych zdjęciach możecie się w ogóle nie dopatrzeć "krzyża targowego". Miejscowi Irlandczycy też go nie zauważają... Kamień sprzed 1000 lat jest zupełnie niewidoczny... Seamus wciąż chrząkając podszedł do bramy opactwa i wyciągnął z kieszeni klucz, mówiąc że ten klucz otwiera wszystkie średniowieczne historie w Irlandii. Znam dobrze ten klucz, sam otwierałem nim niejedne drzwi. Ale może Seamus żartował...


Kiedy Seamus opowiadał mi historię opactwa i swojego rodu (okazało się, że jest on potomkiem budowniczych Athenry i ma nawet swoją tabliczkę nagrobną - „plaque” w tych ruinach) na zewnątrz pojawiło się kilka osób, również turystów. Seamus zaprosił ich gestem do środka, bo brama jest przecież otwarta. Kiedy słuchałem swojego przewodnika naliczyłem ponad 10 osób z aparatami, które robiąc zdjęcia trzymały się raczej z dala od nas, żeby nam nie przeszkadzać.
  
Została mi przedstawiona cała historia rodziny Bermingham, angielskich fundatorów opactwa. Dowiedziałem się również, że tu był pierwszy irlandzki uniwersytet oraz nauczyłem się rozpoznawać nagrobki rzeźbione ręką angielskich masonów. Tymi szczegółami nie będę tu przynudzał.
Seamus pokazał mi również swastykę w kamieniu starszą o 800 lat od Hitlera, znak, którym murarze oznaczali swoje dzieła. Oraz wiele innych znaków w kamieniu.
 
Potem zapalił papierosa i powiedział, że musi wracać do bukmachera. Podziękowałem mu i też się oddaliłem w nieznanym kierunku.
  
O Athenry opowiada folkowa piosenka „Fields of Athenry”. Nie ma dużego związku z rzeczywistym Wielkim Głodem, ale dużo ludzi ją nuci. Można tego posłuchać, a można też tu przyjechać. To naprawdę interesujące miejsce.