Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki. Pokaż wszystkie posty

26.09.2013

Dookoła Irlandii z lodówką

"Nie jestem człowiekiem, który często się o coś zakłada. Jednakże niniejsza książka wcale tego nie potwierdza. W rzeczy samej powstała ona w rezultacie zakładu. 


Z natury nie piję dużo. Jednakże zakład, który doprowadził do powstania tej książki wcale tego nie potwierdza. Kiedy bowiem się zakładałem, byłem kompletnie pijany.

Wszystko co od tej pory przeczytacie jest świadectwem tego, co może się stać w wyniku jednej durnej imprezy z alkoholem."
"Dookoła Irlandii z lodówką" - prolog

Tony Hawks założył się, że jest w stanie w miesiąc objechać całą Irlandię autostopem mając za jedynego towarzysza lodówkę. Okoliczności zakładu zupełnie nie pamiętał, bo był pijany w sztok. Jednak zakład to zakład, więc Tony przyjechał z Anglii do Dublina, kupił małą lodówkę oraz wózeczek do jej ciągnięcia i ustawił się za miastem z wyciągniętym palcem autostopowicza. Co Tony przeżył, kogo spotkał, czego doświadczył w zachodniej Irlandii i co z tego wynikło - można przeczytać w książce "Round Ireland with a fridge"


Na podstawie książki powstał również film, w ktorym autor gra samego siebie.
Film w wersji oryginalnej można znaleźć na YT. Zdecydowanie polecam jednak książkę :) 


Z ostatniej chwili:
Już wkrótce w ofercie Pendragon Tours znajdą się wycieczki po Irlandii z lodówką :)  


11.05.2013

Znakomita księgarnia w Dun Chaoin

Do świetnego sklepu z książkami o Irlandii trafiłem przy okazji. Polecono mi to miejsce jako ciekawy sklepik z irlandzką ceramiką, którą podobno lubią Amerykanie.

Tak zawędrowałem do sklepu z ceramiką do wsi Dun Chaoin. Na miejscu okazało się, że są tu też książki i całkiem niezła kawa. Bardzo dużo książek!




Domek jest niepozorny i zaprasza tradycyjnym irlandzkim Céad Míle Fáilte.



W środku zaraz od progu widać, że dość mało tu ceramiki, ale za to książek jest całe mnóstwo. Jeśli będziecie jechać dookoła półwyspu Dingle, to nie przegapcie tego miejsca. 


Inne miejsce nie do przegapienia to mały browar Tig Bhric kilka mil dalej.









18.04.2013

James Joyce - geniusz czy pornograf

Rozwiązanie fotozagadki


Na zdjęciu konkursowym widoczne są okulary Jamesa Joyce'a. To fragment pomnika stojącego na ulicy Earl Street North przy skrzyżowaniu z O'Connel Street w Dublinie, kilkanaście metrów od Szpili.

Pomnik ustawiono w 1990 roku, kiedy ulice Henry Street i Earl Street North zamieniono na deptaki. Pomnik odsłonięto 16 czerwca w dniu Bloomsday, który jest świętem czytelników "Ulissesa" .  

Zagadkę jako pierwszy rozwiązał MINIO i do niego powędruje pakiet z nagrodami. Kolejna fotozagadka za miesiąc. Serdecznie zapraszam.
_________________________________________________________________

James Joyce pisał książki, których nikt nie czytał. Nie dostał Nagrody Nobla tak jak Yeats, Shaw, Beckett i Heaney. Zmarł pijany, ślepy i bez grosza. Jednak to właśnie on jest tym irlandzkim pisarzem, który wywarł największy wpływ na literaturę, malarstwo, muzykę i telewizję XX wieku.




Niektóre swoje rękopisy palił sam, zanim ktokolwiek je przeczytał. Po śmierci pisarza jego książki palono publicznie (USA), wciągano na listę utworów zakazanych (UK) i cenzurowano (Irlandia). Nakręcony na podstawie "Ulissesa" film był zakazany w Irlandii aż do 2000 roku z powodu nieobyczajnych scen. Inna książka Joyce'a "Finnegans Wake" uznana została za "najlepszą książkę, której nikt nie przeczytał". Poległ na niej nawet sam Maciej Słomczyński - zrezygnował z jej tłumaczenia na język polski.



Dublińczycy zilustrowani w jego powieści ochrzcili pomnik Joyce'a "the prick with the stick" czyli "dupek z laseczką". Joyce stoi na swoim własnym pomniku dumnie i wyniośle. Swoją postawą pokazuje, że ma własne zdanie na każdy temat i się z nim zgadza. Co więcej - ma gdzieś to, co powiedzą inni.  


Miał opinię aroganta, egocentryka, impertynenta, heretyka, zboczeńca i nihilisty. Wyemigrował z Irlandii w wieku 22 lat, ale w późniejszych książkach tak dokładnie zilustrował Dublin, jakby tu wciąż mieszkał. Podobno na podstawie książek dałoby się odbudować Dublin po wojnie, gdyby tu spadły jakieś bomby.



Więcej o śladach Joyce'a w Dublinie:
Ślady na trotuarze
W wieży Jamesa Joyce'a

15.02.2013

James Joyce i jego ślady na trotuarze

Rozwiązanie fotozagadki


Na zdjęciu konkursowym widoczny jest fragment jednej z tablic wmurowanych w chodniki najruchliwszych ulic Dublina. Tablice upamiętniają dublińskiego pisarza, Jamesa Joyce'a. Pan w kapeluszu to Leopold Bloom, bohater "Ulissesa", najbardziej znanej powieści Joyce'a. 

Zagadkę jako pierwsza rozwiązała Kinga i do niej powędruje pakiet z nagrodami. Kolejna fotozagadka za miesiąc. Serdecznie zapraszam.
_________________________________________________________________
Metalowe tablice wmurowano w dublińskie chodniki w 1988 roku jako hołd dla jednego z ważniejszych irlandzkich pisarzy. Tablic jest 14 i noszą nazwę Joyce Walk. W James Joyce Centre na 35 North Great George's Street można za €5 kupić audio-przewodnik, który oprowadzi po każdym miejscu, gdzie wmurowano tablicę i objaśni związki pomiędzy pisarzem, Leopoldem Bloomem oraz Dublinem w 1904 roku.



Pierwsza tablica znajduje się przed wejściem do księgarni Eason na Abbey Street. 110 lat temu znajdowała się tu redakcja gazety "Irish Independent", gdzie starał się drukować fikcyjny pan Bloom. Ostatnia tablica wmurowana jest przed Muzeum Narodowym na Kildare Street. Pozostałe znaleźć można na O'Connell Street, moście O'Connella, przed Trinity College, na Graftonie, Duke Street i Dawson Street. Na każdej tablicy znajduje się cytat z "Ulissesa". 




Tablice można zobaczyć patrząc pod nogi, a to nie zawsze jest proste na zatłoczonych chodnikach. Bardzo łatwo je po prostu przegapić. Joyce wywarł jednak spory wpływ na literaturę. "Ulisses" jako książka "nieobyczajna" w Irlandii i Wielkiej Brytanii był zakazany, a w
 Stanach był publicznie palony. Joyce został autorem "najlepszej książki, której nikt nie przeczytał". Trudno jego książki czytać a jeszcze trudniej rozumieć. Ale wielkim pisarzem był. 



Joyce wyemigrował z Irlandii w wieku 22 lat i 
wszystkie swoje książki napisał na obczyźnie. Jednak opisał w nich Dublin tak dokładnie, że gdyby kiedyś został on zmieciony z powierzchni ziemi, to można by go odbudować na podstawie opisów zawartych w "Ulissesie" czy "Dublińczykach". 



Joyce zmarł w Zurychu, jako chory na syfilis, ślepy na jedno oko pijak bez grosza przy duszy. Dał się poznać jako arogant, nihilista, impertynent, heretyk i zboczeniec. Jeśli ktoś go nie lubi to podczas zwiedzania Dublina może go symbolicznie podeptać.

31.12.2012

Kronika roku

A year's turning - "Na zakręcie roku" Michaela Viney'a - to wyjątkowa książka, którą niełatwo mi porównać do jakiejś innej. Mogę w ślad za wydawnictwem Czuły Barbarzyńca napisać, że jest to porywająca opowieść o poszukiwaniu życiowej samowystarczalności i pogłębiającej się empatii wobec natury ale muszę dodać, że książka ta jest o Irlandii jakiej nie znamy i jakiej nigdy nie poznamy.

Historia tej kroniki zaczyna się w latach 70. kiedy autor porzuca Dublin oraz wszelkie miejskie wygody i kupuje dom w zachodniej Irlandii. Zamieszkuje tam z żoną aby codziennie budzić się w cieniu wielkiej góry Mweelrea nad brzegiem oceanu i prostując starzejące się kości zbierać się do roboty. Jednego dnia pracą jest pisanie artykułów do The Irish Times, a innego dnia - zbieranie torfu potrzebnego do ogrzania domu. Od samego początku sąsiedzi - rodowici mieszkańcy hrabstwa Mayo - uważają go za dziwaka. Pisze do gazet o życiu na wsi, ale cóż on jako miastowy może o tym wiedzieć. Z czasem sam Viney zrozumie, że prawdziwy obraz życia w zachodniej Irlandii na smaganym przez wiatry kawałku ziemi dużo bardziej wykracza poza jego wyobrażenia i dobre chęci. Twardo i stopniowo wpasowuje się jednak w rytm dnia dyktowany przez pogodę i poznaje prawdziwe pory roku ustalane przez przyrodę. Książka Viney'a to zapis 12 miesięcy życia na wsi, na zachodzie Irlandii, gdzie codzienność składa się z rzeczy i wydarzeń zupełnie obcych dla człowieka z Dublina. A co dopiero z Polski. 

Rok zaczyna się od styczniowego śniegu pokrywającego góry, codziennego szukania drewna lub torfu do kominka i przynoszenia wody ze źródła. Zimowe spotkania z delfinami, potężne wichury przychodzące znad morza. Wiosenna walka gronostaja z królikiem pośród płacht torfu. Puszyste bumerangi obłoków i latające spodki chmur dryfujące nad wzgórzami. Grządki ziemniaków, kapusty morskiej i dzikich szparagów. Czarne punkciki krów pasących się na tle nieba. Kukułcze pisklęta, procesje świergotków, wiatrochrony fuksji, górskie pstrągi i pyszne wino z kwiatów. Letnie sztormy, czajki, foki i starochrześcijańskie krzyże. Atak woła piżmowego, stukot końskich kopyt na gościńcu, skrzydła odlatujących jaskółek. Długie języki piany oceanu i czyste płachty piasku wygładzonego przypływami i odpływami. Węgorze i wrończyki, nawałnice i pieniste bałwany, sokoły i łabędzie. Olbrzymie żółwie przypływające do Irlandii z Zatoki Meksykańskiej, zimowe stada czajek i wszystkie te przedziwne rzeczy wyrzucane przez ocean na brzeg. 

W książce nie ma żadnej akcji. Po prostu życie toczy się powoli przez cały rok. I przez kolejny podobnie i przez następny...  Cudowne obrazy irlandzkiej przyrody. Piękna książka na zakończenie roku i otwarcie każdego nowego. Gorąco polecam.
_____________________________
Michael Viney (rocznik 1933) jest dziennikarzem, malarzem i pisarzem. Jest autorem cotygodniowych felietonów publikowanych od ponad 30 lat w The Irish Times, książek i filmów, których tematem jest przyroda Irlandii, ekologia i wiejskie życie. W 2004 roku otrzymał tytuł doktora honoris causa Trinity College w Dublinie.

21.12.2012

Irlandia średniowieczna

Dostałem bardzo dobrą książkę pt. "Irlandia średniowieczna", której autorem jest jeden z czołowych mediewistów irlandzkich, Dáibhí Ó Cróinín. Książka jest dostępna w języku polskim i polecam ją nie tylko studentom. Barwnie i przystępnie napisana, obejmuje okres wczesnego średniowiecza (lata 400-1200). Miłośników historii Irlandii z pewnością zainteresują szczegóły codziennego życia ówczesnych Irlandczyków, ich kultura, obyczaje i prawa. 

"Książka obejmuje najważniejszy okres dziejów Irlandii, gdy misjonarze i pisarze iroszkoccy, a wraz z nimi cała kultura iroszkocka, miały decydujące znaczenie w rozwoju kultury europejskiej, zarówno dzięki transmisji kultury antycznej, jak i oryginalnych osiągnięć Iroszkotów."
fragment recenzji prof. Tomasza Jasińskiego

Książka wydana została w 2010 r. przez WUW w cyklu Biblioteka Humanisty.


17.10.2012

W wieży Jamesa Joyce'a

Niedaleko Dublina, w Sandycove znajduje się muzeum poświęcone osobie Jamesa Joyce'a. Mieści się w przysadzistej wieży typu Martello tuż nad brzegiem Morza Irlandzkiego. Zazwyczaj aby zwiedzić muzeum należało się zapowiedzieć telefonicznie, ale teraz do końca października wieża Joyce'a jest otwarta codziennie, a zwiedzanie jest bezpłatne. 



Sam James Joyce'a spędził w wieży 6 nocy w 1904 roku. Skorzystał z gościny swojego dublińskiego przyjaciela - był nim Oliver St. John Gogarty - lekarz z zawodu, poeta z zamiłowania i pijak z wyboru.



Na szczycie wieży, z której roztacza się widok na Zatokę Dublińską rozgrywa się pierwsza scena z "Ulissesa" - książki, którą niełatwo przeczytać. Jej ekranizację też niełatwo można było obejrzeć, bo przez lata była w Irlandii zakazana. Tu fragment z wieży.



Muzeum Jamesa Joyce'a mieści się w wieży zbudowanej na początku XIX wieku, kiedy Anglicy okupujący Irlandię obawiali się ataku Napoleona. Wieże Martello rozmieszczone wzdłuż wybrzeża Irlandii miały bronić wyspy przed wojskami francuskimi. Na szczycie zamontowana była wielka armata obracająca o 360 stopni  na specjalnych szynach a wewnątrz miał stacjonować mały garnizon 
brytyjskiego wojska. 



Napoleon nie był zainteresowany podbojem Irlandii więc wieże Martello się nigdy nie przydały. Solidnie zbudowane z kamienia stoją w większości do dziś. Prosta konstrukcja, trzy poziomy, kręte schody i żołnierski wychodek.



Pamiątek po Joysie jest tu bardzo dużo. Książki, listy, notatki, przedmioty osobiste, meble, laska, gitara, okulary, etc. Dla zainteresowanych jego twórczością to bardzo dobre i historyczne miejsce. 




Na środkowym poziomie zachowano oryginalny wystrój wnętrza, gdzie Joyce spędził owe sześć nocy. Stół, łóżko, lampa naftowa, piecyk, czajnik i flaszki z natchnieniem. Surowe ściany i proste wyposażenie. Oraz czarna pantera, która pojawiła się w jakimś pijanym zwidzie.



Po innym zwidzie Gogarty wycelował w Joyce'a z pistoletu i wypalił. Chybił, ale James Joyce po tym wydarzeniu wyprowadził się z wieży, niedługo potem wyjechał z Irlandii i już nigdy do niej nie wrócił.



Wieżę można zwiedzać do końca października.

3.10.2012

Biblioteka Arcybiskupa Marsha

Biblioteka Marsha powstała w 1701 roku z inicjatywy arcybiskupa dublińskiej katedry św. Patryka. Marsh był miłośnikiem nauk ścisłych i zgromadził w sumie ponad 25 tysięcy ksiąg wydanych w XVI, XVII i XVIII wieku. Pośród nich znalazłem dzieło Jana Heweliusza, księgi autorstwa Newtona, Keplera i Ptolemeusza. Jedna z nich nawet została wydana w Gdańsku (Gedani, MDCLXII). 

Ale tym, co najbardziej różni bibliotekę Marsha od innych, w których byłem to ZAPACH. Już od wejścia czuć te trzysta lat, przez które cenne księgi stoją na wysokich etażerkach z ciemnego dębu. Uginające się półki sięgające wysokiego sufitu, ciemne skórzane grzbiety grubych tomów, papier o kolorze spotykanym tylko w antykwariatach, stare drabiny przy każdym regale. Trzy długie sale. I ta woń...



Już w momencie powstania Biblioteka Marsha stanowiła bardzo wartościowy zbiór, była to pierwsza publiczna biblioteka w Irlandii. Wiele ksiąg było przymocowanych 
do półek na stałe łańcuchami. Na samym końcu korytarzy znajdują się trzy eleganckie alkowy zamykane kratą. Tam czytelnicy mogli w odosobnieniu czytać najcenniejsze okazy. 

W bibliotece obowiązuje zakaz fotografowania, dlatego nie pokażę na zdjęciach Heweliusza i Newtona, ani książek wydanych przez pierwszych irlandzkich drukarzy, ani XVII wiecznych podręczników medycyny i astronomii, ani starych mszałów, brewiarzy i przekładów Pisma Świętego. Zachęcam natomiast do osobistego pofatygowania się do Marsh Library.  



Przy jednym ze stołów można dokonać wpisu do księgi pamiątkowej przy pomocy prawdziwego gęsiego pióra oraz inkaustu z kałamarza. 

12.09.2012

Manuskrypty, zwoje i papirusy - Chester Beatty Library

Sir Alfred Chester Beatty był Amerykaninem o irlandzkich korzeniach. Zdobył fortunę na wydobyciu miedzi w Kolorado, dlatego nazwano go "Królem Miedzi". Prywatnie natomiast był kolekcjonerem starych ksiąg ze wszystkich stron świata, sztuki orientalnej oraz śladów różnych religii. Beatty zamieszkał na starość w Irlandii, w 1957 roku został jej honorowym obywatelem, a po jego śmierci w 1968 roku bezcenny zbiór, który gromadził przez większość życia został przekazany dla dobra publicznego. Można go oglądać w Dublinie. 



Wstęp do Chester Beatty Library jest bezpłatny. Biblioteka mieści się na terenie Zamku Dublińskiego. Na dwóch piętrach oglądać można bezcenne eksponaty: egipskie papirusy, średniowieczne i renesansowe europejskiemanuskrypty, tureckie i perskie miniatury, ilustrowane kopie Biblii i Koranu, buddyjskie malowidła, chińskie togi ze smokami, japońskie druki artystyczne, ikony, starodruki oraz przeróżne drobiazgi wyrzeźbione w drewnie i kamieniu setki i tysiące lat temu.  



Na terenie biblioteki nie można robić zdjęć. W salach panuje półmrok, z którego punktowe światła wydobywają skarby piśmiennictwa kultur i religii świata. To niezwykła kolekcja i ciekawa wizualna uczta. Zachęcam do odwiedzenia 
Chester Beatty Library podczas weekendu w Dublinie. 

23.07.2012

W domu Samuela Becketta

W ostatnich poszukiwaniach skrytek (patrz wpis o geocachingu) zapuściłem się w rejony Leixlip i przy okazji odkryłem dom, w którym mieszkał przez jakiś czas irlandzki pisarz i dramaturg Samuel Beckett. Dom zamienił się dawno temu w ruinę. Ruina w zasadzie podobna do wielu innych, ale jednak to ruina po nobliście - tak więc wszedłem przez okno aby trochę pozwiedzać.



Myślę, że Beckett mógłby być zadowolony z tego jak dziś prezentuje się jego stara chałupa. Sam miał niskie poczucie własnej wartości i uważał, że życie nie ma większego sensu. Teraz nikogo nie obchodzi, że tu kiedyś mieszkał.



Natomiast z tyłu domu jest inny dom, dużo starszy bo z 1760 roku. To Cooldrinagh House, dom rodzinny matki Becketta. W dużo lepszym stanie, obecnie zamieniony na całkiem przyzwoity wiejski hotel o nazwie Becketts
 



Przeszedłem się po pustej sali jadalnej, pooglądałem obrazki na ścianach, poczytałem co tam mają o Beckecie, porozmawiałem z recepcjonistą i zobaczyłem piwniczkę z winem.



Na koniec wypiłem kawę i wróciłem do szukania skrytki w pobliskich krzakach.

2.06.2012

Irlandia Jones poszukiwany - książka

Ta książka stała u mnie na półce jakiś rok, w przedziwny sposób ją przeoczyłem a przecież staram się czytać wszystko, co o Irlandii napisano. Teraz ją przypadkiem odnalazłem i bardzo szybko pochłonąłem. Od razu chciałbym ją Wam polecić. 

Na początek dwie podstawowe wady książki: 
1. jest za krótka 
2. coś nie tak jest z tytułem

Co do pierwszego punktu, to myślę, że po przeczytaniu zgodzicie się ze mną - książkę bardzo dobrze się czyta, jest inteligentny dowcip, celne obserwacje, dużo ciekawostek, trochę historii oraz historyjek wziętych z życia. Autor znalazł się w Irlandii z ogłoszenia - przyjechał w 2006 roku aby wraz z innymi szybko zrobić wykopaliska na terenach pod obecne autostrady. Od tamtej pory był głównie archeologiem, ale też rozwoził pizzę, budował schronisko dla zwierząt, pracował na farmie, był bezrobotnym, tłumaczem i baby-sitterem. Przewędrował całą wyspę, mieszkał w różnych miejscach, czasem był bardzo samotny, a czasem szczęśliwy, czasem kochał ten kraj a czasem go nienawidził. Książka (która jest stanowczo za krótka) to luźny zbiór przeróżnych epizodów z pracy na wykopaliskach i związanych z tym sytuacji opisanych z dużym humorem i swobodą. Sporo jest trafnych spostrzeżeń na temat codziennego życia, refleksji związanych ze spotkaniem rożnych ludzi, kultur i języków oraz tego, co bardzo cenię - ciekawych informacji, które trudno zdobyć gdzie indziej. Legendy i historie opowiadane przez archeologa mają dodatkowy walor, bo są tak jakby... samodzielnie wykopane.

Natomiast jeśli chodzi o tytuł - coś mi w nim nie pasuje i to chyba przez niego o tej książce zapomniałem. Ale nie będę się czepiał, tylko gorąco zachęcam do przeczytania tej (za krótkiej) książki.

Tomasz Borkowski "Irlandia Jones poszukiwany" - 2010, Wydawnictwo Gajt

17.05.2012

Jeden dzień w Irlandii - fotoalbum

Wpadł do mojej kolekcji nowy album: "One day for life in Ireland". Zebrano w nim amatorskie fotografie zrobione w ciągu jednego dnia i ukazujące zwykłą irlandzką codzienność lat 80.  




7 maja 1988 roku przez całą dobę ludzie mieli dokumentować swoje codzienne życie. Od północy do północy kto miał aparat - robił zdjęcia. Do organizatorów napłynęło kilkadziesiąt tysięcy fotografii. Do albumu wybrano 250 zdjęć. Cała akcja została zorganizowana z inicjatywy Irish Cancer Society. "Co czwarty Irlandczyk choruje na raka, a co siódmy na raka umiera" - głosi słowo wstępne w albumie. 
Polecam gorąco ten album. Poniżej kilka wybranych zdjęć.



18.09.2011

Nowa książka Piotra Czerwińskiego

Do przeczytania książki "Przebiegum życiae" Piotra Czerwińskiego mieszkającego w Dublinie zachęcałem Was już tutaj, teraz mam przyjemność zareklamować jego trzecią już powieść - "MIĘDZYNARÓD". Książka trafi do księgarń już 28 września. Obecnie dostępna jest w przedsprzedaży (księgarnie internetowe podaję na samym dole).

Oto co mówi sam Autor o nowej książce:

"Książka jest parodią antyutopii, ale pod płaszczykiem pure-nonsensowego humoru przemyca sporo powagi. Starałem się, żeby było jak u Chaplina, któremu hołduję od początku swojej pisarskiej przygody- trochę śmiechu przez łzy i trochę łez przez śmiech. Chociaż tym razem z przewagą śmiechu. Rzecz opowiada o Polsce przyszłości, która jest globalnym supermocarstwem. Anglicy jeżdżą do nas myć kible i szorować gary... Niestety dobrobyt sprowadza Polskę na manowce. Cytując głównego bohatera: Cywilizacja jest jak wrzód. Rozwija się aż pęknie. Przetrwają tylko dzicy, więc może już dziś należy zostać dzikim, żeby przetrwać... "
  
Z materiałów reklamowych:

- Humor i ojczyzna! - wykrzykuje jeden z bohaterów „Międzynarodu”, w czysto westernowej scenie demolowania restauracji. Hasło to w zasadzie mogłoby posłużyć za najkrótszy i najlepszy zarazem komentarz całej powieści. W ślad za nim podąża motto książki: „Ku popieprzeniu serc!”

Najnowsza, trzecia już powieść Piotra Czerwińskiego to zwariowana parodia antyutopii, która pod płaszczykiem błyskotliwego stylu i pure-nonsensowego humoru przemyca powagę i refleksję nad losami najbardziej widowiskowego narodu na świecie - Polaków, oraz ich odwiecznej tułaczki po świecie. Fabuła powieści to swoista alegoria Polski i polskiej emigracji, z nieoczekiwaną i złowieszczą przepowiednią w epilogu. 
Surrealistyczna opowieść o Polsce, której nie ma. O Polsce, którą możemy sami zbudować i sami zniszczyć. O Polsce, do której zawsze dążyliśmy i do której nigdy nie dotrzemy, bo jej... nie ma. 

„Międzynaród” jest  szalony i wciągający jak piątkowe posiedzenie w pubie. Absurd miesza się tu z patosem, surrealizm z naturalizmem, kicz z prawdziwą głębią, a piwo z winem. Końcowy efekt tego koktajlu ścina z nóg. 

Książka ma też wyraźne przesłanie antyrasistowskie, jest kpiną z wszelkiej ksenofobii i ortodoksyjnego nacjonalizmu. To ukłon w stronę kosmopolityzmu i wielokulturowości, a także esencja filozofii, w myśl której narodowości są przeżytkiem i czeka je globalne przemieszanie w jeden „międzynaród”, będące jedyną szansą ludzkości na trwały pokój. 

Końcem końców, to także satyra na Anglików i Anglię, którzy oczami narratora są postrzegani tak abstrakcyjnie i opacznie, jak oni sami często widzą Polaków, Polskę i polską diasporę na wyspach brytyjskich. 

W skrócie o fabule: 

Odległa przyszłość. Kryzys naftowy zrujnował światową gospodarkę, wiele krajów przestało istnieć, postęp techniczny od dawna stoi w miejscu, a kultura zanikła. Dzięki odkryciu złóż uranu, Polska jest potęgą gospodarczą, u której zadłużają się kolejne kraje. W najgorszej sytuacji jest Wielka Brytania, zbankrutowane państwo którego mieszkańcy tłumnie wyjeżdżają do Polski podejmować się wszystkich prac, których nie chce się wykonywać Polakom... Ale bezgraniczny dobrobyt  sprowadza Polskę na manowce. Coraz więcej sympatyków zjednuje skrajna prawica, która zaczyna widzieć w obcokrajowcach zagrożenie dla prawdziwej polskości i obwiniać ich o wszystkie nieszczęścia, nawet jeżeli nieszczęść nie ma. Główny bohater, młody polski student zakochany w angielskiej służącej musi dokonać trudnego wyboru między uczuciem a dopasowaniem się do absurdalnej rzeczywistości. Idzie za głosem serca i wkrótce wraz z polskimi i angielskimi przyjaciółmi przyjdzie mu zmieniać bieg historii. Stają na czele antyrządowego buntu, który przesądzi o dalszych losach Rzeczpospolitej... 

Cóż więcej dodać. Państwo polskie istnieje jako... kolonia emigrantów na świeżo odkrytym archipelagu Południowego Pacyfiku. Polacy, dzięki krzyżówkom genetycznym z innymi rasami, są kolorowi. A także bezprzykładnie bogaci. Mają szklane domy, samochody o czysto polskich nazwach, a nawet statuę wolności, którą dostali od Amerykanów w ramach spłaty długu. Walutą jest jeden boniek (sto szermachów). Od stuleci nie prowadzili żadnych wojen, ponieważ nikt nie odważył się ich napaść. Ich drużyna regularnie wygrywa w piłkę nożną, zaś polska muzyka rozrywkowa jest nieudolnie kopiowana przez amatorskie grupy na całym świecie.
 
Pierwotna Polska nie istnieje. Jest opuszczoną kopalnią odkrywkową, o wymownej nazwie Dniepro-Schneider. 

Urywek „reprezentacyjny” ze skrzydełka okładki:

„Teraz, kiedy to wszystko mamy już za sobą, myślę, że narodowość to średniowieczny przeżytek. Nie ma żadnych narodowości, są tylko osobowości. Jest naród dobrych ludzi, naród złych, naród ludzi słabych i tak dalej. Naród przyjaciół i zdrajców... Naród, który kłamie, naród, który mówi prawdę. Naród głupków i mądrali. Batabunde Grzegorczyków. Teodorów Machungwa. Clacksonów-Freakingsów. Cały świat jest jedną wielką rzeczpospolitą, w której toczy się nieustanna wojna geniuszy i kretynów, gdzie prawi ludzie zmagają się z lewymi, święci z grzesznikami, a uczciwi z podatkami.”

Przedsprzedaż:

24.08.2010

Woodbrook - dom rodzinny Guliwera - dom Polonii

Rodzina Guliwera nie była zbyt liczna. Jego matką była ojcowska wyobraźnia, a ojcem dziekan katedry św. Patryka w Dublinie, która dziś ma ponad 800 lat i wciąż trzyma się nieźle w odróżnieniu od wielu irlandzkich zabytków jak Czytelnicy mogli się zorientować chociażby z tego bloga.
  
Jonathan Swift, bo on właśnie był tym szczęśliwym ojcem wpadł na pomysł napisania przygód Guliwera w pokoju widocznym na zdjęciu poniżej. Oczywiście nie było jeszcze wtedy tych foteli, telefonu stacjonarnego i telewizora. To wszystko zostało zorganizowane przez obecnego właściciela posiadłości, Mr. Raya Simmonsa, który osobiście mnie po swoich włościach oprowadził nie dawniej jak wczoraj. 
  
To typowa irlandzka ziemska posiadłość. Trafić tu można tylko wtedy, kiedy się tu już było chociaż raz. W tym pierwszym razie pomogą miejscowi. Najbliższy miejscowy mieszka dwie mile dalej. Od głównej drogi, która nie jest żadną z głównych dróg w powszechnym rozumieniu, do Woodbrook House prowadzi pośród łąk długa aleja wysadzana drzewami, dobrze widoczna z wieży domu. Widoczny również jest las, rzecz dość rzadka w Irlandii.
 
Jonathan Swift był przyjacielem właścicieli tej plantacji trawy przez długie lata. Dzięki temu mógł przyjeżdżać dorożką z Dublina kiedy chciał. Do jego wyłącznej dyspozycji właściciele Woodbrook House oddali całą bibliotekę wraz z sekretnymi drzwiami. Być może to sekretne przejście jakoś łączyło dziekana z Dublina ze szkocką lady Knightly Chetwood, która tam wraz ze swym mężem podówczas mieszkała. 
  
Lata spędzone w bibliotece Woodbrook House Jonathan Swift w całości poświęcił pisarstwu. Jego najbardziej znana powieść - „Podróże Guliwera” - powstała własnie w tej bibliotece w 1726 roku i od tamtej pory jest wydawane do dziś. Swift jest przykładem XVIII wiecznego pisarza, którego talent doceniono jeszcze za jego życia. Powieść o Guliwerze - na pozór podróżnicza - była równocześnie satyrą na angielski dwór, naukę, kulturę europejską i ludzką naturę, a także bajką dla dzieci. Weszła do kanonu angielskiego Oświecenia. Niestety z tego nadmiaru na starość Swift doznał pomieszania zmysłów. Zmarł w rodzinnym Dublinie w 1745 roku. Cały swój majątek przekazał w testamencie innym obłąkanym.
  malowidło na ścianie promu Swift kursującego z Dublina do Hollyhead
Knightly Chetwood pochodząca ze szkockich Highlands w roku 1698 wyszła za irlandzkiego szlachcica Hestera Brookinga i zamieszkała w małym wówczas dworku Woodbrook House. Mąż zaczął dom rozbudowywać, aby jego ukochana miała więcej przestrzeni. Jednak ona wciąż tęskniła za rodzinną Szkocją i swoimi pięknymi zamkami. Wówczas Hester sprowadził do domu prosto ze Szkocji pewnego malarza, który specjalnie dla jego księżniczki wymalował trzy pokoje szkockimi pejzażami. 
  
W 2007 roku do Woodbrook House zapukała pewna szkocka studentka, która pisała pracę o pewnym zapomnianym malarzu. Dzięki rodzinnym pamiętnikom dowiedziała się o tych zapomnianych malowidłach i dzięki niej trzy lata temu zostały one oficjalnie na nowo odkryte. Malarz David Ramsey Hay pozostawił swoje dzieła tylko na dwóch innych ścianach wielkiego świata – w Preston Hall w rodzinnej Szkocji oraz w dublińskim domu pod numerem 73 na Lower Baggot Street. Na zdjęciu poniżej widnieje namalowany na ścianie Woodbrook House zamek, w którym urodziła się matka Królowej Elżbiety, zwana też Królową Matką. 
  
Muszę teraz pójść do ogrodu, bo zdaniem Raya jest tam coś naprawdę godnego zobaczenia. W rzeczy samej, w tym ogrodzie wyobraźni potrzeba jej wiele, żeby w tym miejscu poczuć się jak w ogrodzie. Ale idziemy dzielnie dalej przez te chaszcze.
  
Zatrzymujemy się przed zarośniętym bluszczem okrąglakiem. Oto jeden z dwóch w Irlandii oryginalnych gołębników, które kiedyś były tu ogrodowymi standardami, tak jak dziś niemieckie krasnale czy czarno-białe bociany na podjeździe.  
  
Do gołębnika wchodzimy rozgarniając liście i liany z bluszczu. Dom dla gołębi zbudowany jest z kamieni i cegieł, każdy gołąb miał tu swoją trójkątną niszę. Dachu nigdy tu nie było, jak to w starych irlandzkich budowlach zwyczajne.
  
Zapuszczony ogród pozostaje obecnie do dyspozycji twórczych kreatorów ogrodów. Potencjał jest zacny. Miejsce narodzin Guliwera ma polską przyszłość, o czym za chwilę. Jeżeli ktoś chciałaby się tym ogrodem zająć, to Ray Simmons będzie very happy. Celem Raya na najbliższy rok jest uczynić z tego miejsca irlandzki Dom Polonii. 
  
Pierwsze kroki już zostały poczynione. Są sponsorzy, są spotkania, są obiady niedzielne. Pierwsze pokoje są już wykończone. Niektórzy mogą nawet z nich skorzystać :)
  
Do dyspozycji są salony z malowidłami szkockich zamków autorstwa zapomnianego szkockiego malarza, biblioteka Jonathana Swifta sprzyjająca skupieniu, olbrzymi teren idealny do spotkań irlandzkiej Polonii, gęsty las pełen grzybów, kominki w każdym pomieszczeniu, kryształy pod sufitem, kryształy na stole i 12 pokoi gościnnych z łazienkami (jeszcze do wykończenia) oraz oryginalny irlandzki gołębnik. 
  
Jadąc w niedzielny poranek do Woodbrook House na spotkanie ze znajomymi nie spodziewałem się, że zastanę tam taką historię, która wiąże się zarówno z Irlandią, Szkocją jak i z Polską. 
  
Zainteresowanych tematem na poważnie odsyłam na stronę Woodbrook House, Portarlington, hrabstwo Laois. Kontakt - Ray Simmons. Już zaczął uczyć się języka. Można też z nim pogadać po angielsku, chociaż to rodowity Irlandczyk.