Czarny lód – „black ice” – tak Irlandczycy nazywają śmiertelne zagrożenie, które stanowią drogi w warunkach gołoledzi. W kraju pozbawionym poboczy jeżdżenie jest jedyną formą przemieszczania się. Chodzić to mogą owce, krowy i zegarki. My jeździmy. To znaczy nie jeździmy, bo jest obecnie klęska żywiołowa. Epoka lodowcowa, która nadeszła na kilka ostatnich dni do Irlandii śmieje się z globalnego ocieplenia. Te kilka dni pokazało, jak to my – Polacy - wszystko wiemy lepiej, umiemy najlepiej a radzić sobie potrafimy w każdych warunkach. Nawet na jezioro skute lodem byśmy wjechali traktorem, taka nasza ułańska fantazja. Co, ja nie wjadę? A jezioro nieprzyzwyczajone do ułanów, bo pierwszy raz w życiu lodem skute. Spotykam Stevena, pali przed pubem papierosa. Codziennie robi dostawy warzyw do sklepu, w którym kiedyś pracowałem. Nawet w niedzielę. „Day off?” – pytam. “Black ice” – palec Stevena wskazuje ulicę i wraca do ust razem z papierosem. Dwa lata temu, kiedy też spadło trochę śniegu rozmawialiśmy o oponach zimowych, ten wynalazek był mu oczywiście znany, ale nie uważał, że to jest mu tu potrzebne. Tak samo i teraz nie potrzebuje zimówek. A co źle mu? Dzieciaki mają wolne jeszcze do czwartku, ale wolą grać w domu na PS3 podłożonych pod choinką przez rodziców zamiast rzucać się śnieżkami. Dziadek Mróz, albo przynajmniej Mikołaj - gdyby tu chciało im się zajrzeć - przynieśliby im może coś lepszego pod choinkę, a może nauczyliby tych małolatów lepić bałwany, a tak - w ich zastępstwie - prezentowały im to nasze dzieciaki. Ale im nie chciało się toczyć kul, przynosili śnieg w garnkach. Głupie, co? |
12.01.2010
Czarny lód - black ice
10.01.2010
Kingsmountain Standing Stone
Kamień, który dziś zobaczyłem jest jednym z tych miejsc w Irlandii, które są raczej niedostępne dla turystów pragnących poznać ten kraj z przewodnikiem w garści. A właśnie takie miejsca mówią o historii tej krainy więcej niż książki. Wystarczy się rozejrzeć i trochę pomyśleć o przemijaniu.
9.01.2010
Przebiegum życiae - recenzja książki
Książka, którą ostatnio przeczytałem i tu chcę Wam polecić mówi bardzo wiele o Irlandii, Irlandczykach oraz Polakach mieszkających w Irlandii. Bohaterami „Przebiegum życiae” Piotra Czerwińskiego są dwaj Polacy, których koleje życia spotykają się w Dublinie. Autor bawi się ze mną umieszczając akcję w miejscach, które znam, posługuje się sytuacjami żywcem wyjętymi z mojego życia i dzieli się obserwacjami, które sam tu na blogu dwa lata temu zamieszczałem.
Myślę, że wiele osób mieszkających w Irlandii może mieć takie skojarzenia, co dodaje tej powieści prawdziwości. Historia, która została przez autora wymyślona dzieje się tu jednak na co dzień po stokroć naprawdę i ma solidnie zarysowane emigranckie tło.
Dawno nie czytałem książki tak zabawnej i dołującej jednocześnie. Nie pamiętam kiedy po ostatnim zamknięciu książki poczułem żal, że właśnie przeczytałem ją do końca. I nigdy nie miałem wrażenia, że ja sam gdzieś tam w tej powieści się plączę na trzecim planie, podpowiadam, przechodzę przez ulicę czy coś w tym stylu.
Każdy z nas w jakiś sposób przebiega życie i szuka w nim tego, co chciałby znaleźć – stabilizacji, miłości, pieniędzy, spełnienia, kariery, spokoju, atrakcji. Bohaterowie powieści – Gustaw i Konrad nie znajdują niestety w Irlandii nic z tych rzeczy. Nie bez powodu noszą imiona naszych romantycznych straceńców. Ich misja cierpienia za miliony emigrantów jest skazana na niepowodzenie już z definicji.
Bilet w jedną stronę okazuje się biletem donikąd. Na nieznanej dotychczas wyspie Bajobongo okazuje się, że wykształcenie z Bulandy nad Wisłą jest tyle warte co pełny pampers z kasy w Biedronce, Irlandczycy są ludźmi z którymi można porozumiewać się tylko w pubie i najlepiej nigdzie więcej, najlepsza praca po pięciu latach studiów trafia się przy wybieraniu petów z trawnika, zarobioną w czwartek kasę można wydać do końca już w niedzielę przed zachodem słońca, a dowcip ma zupełnie inną twarz.
Beznadziejna rzeczywistość, która następuje po bezpowrotnie utraconej świetlanej przeszłości upstrzona jest poza pracą kreskówkami z kaczorem Daffy’m, muzyką reagge z odtwarzacza na baterie, kolejnymi przecenionymi browarami i skrytym pisaniem kontynuacji jednego z najbardziej klasycznych odniesień w literaturze światowej. Mały Książę z książki Saint-Exupery’ego jest tu kluczem. „Narysuj mi baranka” – baranka obecnego w każdym irlandzkim sklepie z pamiątkami, beznadziejnych baranów, którymi okazują się Irlandczycy odpowiadający na przesłane im prawdziwe „curriculum vitae” wykształconego polskiego księcia z MBA w zanadrzu i 15 latami praktyki na dyrektorskim stanowisku, baranami okazują się w końcu Gustaw i Konrad przez to, że tu w ogóle przyjechali. Takie baranki ofiarne integracji europejskiej.
Mały Książę – prostoduszny, tolerancyjny, łatwowierny i naiwny chłopiec po wylądowaniu na Zielonej Wyspie w okolicach fabryki przetwarzającej śmieci znowu stawia pytania o hierarchię wartości i sens więzi między ludźmi, ale dziś w Irlandii też nie dostaje żadnej odpowiedzi. Jedynym wyjściem wydaje się ostateczne opuszczenie tego padołu łez i ucieczka w ostatnie pozostałe na świecie miejsce - strefę linii zmiany daty na wyspie Tonga, gdzie jest chociaż nadzieja na przyszłość – bo tam już dziś jest jutro. Gustaw i Konrad tej przyszłości nie spodziewają się znaleźć już ani w Bulandzie ani w Bajobongo, bo ich cierpliwość się wyczerpała.
Cała historia podana jest w formie mieszanej – narracja jest prowadzona z różnych miejsc, co pozwala nam na obejrzenie pełnego obrazu beznadziejnej sytuacji Gustawa i Konrada. Ta forma jest jednocześnie wyrazem spostrzegawczości autora i jego starań w oddaniu dramatyzmu człowieka walczącego o zachowanie resztek marzeń.
Język nie powinien dziwić nowych mieszkańców krainy Bajobongo, tak się tu zaczyna po jakimś czasie mówić, more or less. Mam na myśli zarówno wulgaryzmy, jak i spolszczone angielskie słowa. Dla odbiorców z Bulandy wydawca przygotował słowniczek na końcu książki. I tell you, kinda po stokroć pierdolisty fun, emigracja. Zresztą my tu w Bajobongo nie jesteśmy lepsi, nie przyjechaliśmy w tym kraju szlifować angielskiego. My tu szlifujemy toalety.
Książkę „Przebiegum życiae” Piotra Czerwińskiego polecam zarówno mieszkańcom Bulandy (Polski) jak i fałszywym turystom w krainie Bajobongo, (Irlandii). Zwłaszcza tym, którzy czują się tu jak u siebie w domu, tym którzy uważają Irlandczyków za ludzi podobnych do Polaków bo mają podobną historię oraz tym, którzy obdarzają nas komentarzami o zmywakach. Do zrozumienia książki Czerwińskiego przydałoby się przeczytanie „Małego Księcia” chociaż raz.
Tylko nieznane budzi lęk w człowieku. A dla tego, który się z nim mierzy, przestaje ono być nieznane. Zwłaszcza, jeżeli mu się przypatrujemy z trzeźwą powagą. (Antoine de Saint-Exupery).
Myślę, że wiele osób mieszkających w Irlandii może mieć takie skojarzenia, co dodaje tej powieści prawdziwości. Historia, która została przez autora wymyślona dzieje się tu jednak na co dzień po stokroć naprawdę i ma solidnie zarysowane emigranckie tło.
Dawno nie czytałem książki tak zabawnej i dołującej jednocześnie. Nie pamiętam kiedy po ostatnim zamknięciu książki poczułem żal, że właśnie przeczytałem ją do końca. I nigdy nie miałem wrażenia, że ja sam gdzieś tam w tej powieści się plączę na trzecim planie, podpowiadam, przechodzę przez ulicę czy coś w tym stylu.
Każdy z nas w jakiś sposób przebiega życie i szuka w nim tego, co chciałby znaleźć – stabilizacji, miłości, pieniędzy, spełnienia, kariery, spokoju, atrakcji. Bohaterowie powieści – Gustaw i Konrad nie znajdują niestety w Irlandii nic z tych rzeczy. Nie bez powodu noszą imiona naszych romantycznych straceńców. Ich misja cierpienia za miliony emigrantów jest skazana na niepowodzenie już z definicji.
Bilet w jedną stronę okazuje się biletem donikąd. Na nieznanej dotychczas wyspie Bajobongo okazuje się, że wykształcenie z Bulandy nad Wisłą jest tyle warte co pełny pampers z kasy w Biedronce, Irlandczycy są ludźmi z którymi można porozumiewać się tylko w pubie i najlepiej nigdzie więcej, najlepsza praca po pięciu latach studiów trafia się przy wybieraniu petów z trawnika, zarobioną w czwartek kasę można wydać do końca już w niedzielę przed zachodem słońca, a dowcip ma zupełnie inną twarz.
Beznadziejna rzeczywistość, która następuje po bezpowrotnie utraconej świetlanej przeszłości upstrzona jest poza pracą kreskówkami z kaczorem Daffy’m, muzyką reagge z odtwarzacza na baterie, kolejnymi przecenionymi browarami i skrytym pisaniem kontynuacji jednego z najbardziej klasycznych odniesień w literaturze światowej. Mały Książę z książki Saint-Exupery’ego jest tu kluczem. „Narysuj mi baranka” – baranka obecnego w każdym irlandzkim sklepie z pamiątkami, beznadziejnych baranów, którymi okazują się Irlandczycy odpowiadający na przesłane im prawdziwe „curriculum vitae” wykształconego polskiego księcia z MBA w zanadrzu i 15 latami praktyki na dyrektorskim stanowisku, baranami okazują się w końcu Gustaw i Konrad przez to, że tu w ogóle przyjechali. Takie baranki ofiarne integracji europejskiej.
Mały Książę – prostoduszny, tolerancyjny, łatwowierny i naiwny chłopiec po wylądowaniu na Zielonej Wyspie w okolicach fabryki przetwarzającej śmieci znowu stawia pytania o hierarchię wartości i sens więzi między ludźmi, ale dziś w Irlandii też nie dostaje żadnej odpowiedzi. Jedynym wyjściem wydaje się ostateczne opuszczenie tego padołu łez i ucieczka w ostatnie pozostałe na świecie miejsce - strefę linii zmiany daty na wyspie Tonga, gdzie jest chociaż nadzieja na przyszłość – bo tam już dziś jest jutro. Gustaw i Konrad tej przyszłości nie spodziewają się znaleźć już ani w Bulandzie ani w Bajobongo, bo ich cierpliwość się wyczerpała.
Cała historia podana jest w formie mieszanej – narracja jest prowadzona z różnych miejsc, co pozwala nam na obejrzenie pełnego obrazu beznadziejnej sytuacji Gustawa i Konrada. Ta forma jest jednocześnie wyrazem spostrzegawczości autora i jego starań w oddaniu dramatyzmu człowieka walczącego o zachowanie resztek marzeń.
Język nie powinien dziwić nowych mieszkańców krainy Bajobongo, tak się tu zaczyna po jakimś czasie mówić, more or less. Mam na myśli zarówno wulgaryzmy, jak i spolszczone angielskie słowa. Dla odbiorców z Bulandy wydawca przygotował słowniczek na końcu książki. I tell you, kinda po stokroć pierdolisty fun, emigracja. Zresztą my tu w Bajobongo nie jesteśmy lepsi, nie przyjechaliśmy w tym kraju szlifować angielskiego. My tu szlifujemy toalety.
Książkę „Przebiegum życiae” Piotra Czerwińskiego polecam zarówno mieszkańcom Bulandy (Polski) jak i fałszywym turystom w krainie Bajobongo, (Irlandii). Zwłaszcza tym, którzy czują się tu jak u siebie w domu, tym którzy uważają Irlandczyków za ludzi podobnych do Polaków bo mają podobną historię oraz tym, którzy obdarzają nas komentarzami o zmywakach. Do zrozumienia książki Czerwińskiego przydałoby się przeczytanie „Małego Księcia” chociaż raz.
Tylko nieznane budzi lęk w człowieku. A dla tego, który się z nim mierzy, przestaje ono być nieznane. Zwłaszcza, jeżeli mu się przypatrujemy z trzeźwą powagą. (Antoine de Saint-Exupery).
Subskrybuj:
Posty (Atom)
TAGS
Pendragon Tours
(79)
Dublin
(46)
neolit
(34)
Aran
(28)
legendy
(27)
Dingle
(19)
puby
(17)
kerry
(16)
newgrange
(13)
Belfast
(11)
boyne
(10)
ocean
(10)
connemara
(9)
Achill
(8)
galway
(8)
Inishmore
(7)
ogham
(7)
wicklow
(7)
loughcrew
(6)
Cork
(5)
Moher
(5)
alkohol
(5)
clare
(5)
west cork
(5)
Burren
(4)
Derry
(4)
guinness
(4)
loop head
(4)
titanic
(4)
Clootie
(3)
Donegal
(3)
Halloween
(3)
Meath
(3)
Samhain
(3)
Trim
(3)
currach
(3)
folly
(3)
foto
(3)
geocaching
(3)
Athlone
(2)
Beara
(2)
Clifden
(2)
Conolly
(2)
Doolin
(2)
Famine
(2)
Fourknocks
(2)
Grand Canal
(2)
Joyce
(2)
Kinsale
(2)
Mayo
(2)
Royal Canal
(2)
Sheela-na-Gig
(2)
Tara
(2)
gap of dunloe
(2)
sport
(2)
Black Valley
(1)
Blasket
(1)
Book of Kells
(1)
Cavan
(1)
Croagh Patrick
(1)
Down
(1)
Dracula
(1)
Drombeg
(1)
Dursey
(1)
Dusty
(1)
EIRE
(1)
Fastnet Rock
(1)
Fore
(1)
Giants Causeway
(1)
Hill of Slane
(1)
Howth
(1)
KIllarney National Park
(1)
Kells
(1)
Kildare
(1)
Killarney
(1)
Kylemore
(1)
Loftus Hall
(1)
Michael Collins
(1)
Molls Gap
(1)
Monasterboice
(1)
Pancake Day
(1)
Poll na bPeist
(1)
Shannon
(1)
Skibbereen
(1)
Slieve League
(1)
Sligo
(1)
Strongbow
(1)
Tir na nÓg
(1)
Trinity College
(1)
Trip Advisor
(1)
Wormhole
(1)
border collie
(1)
bushmills
(1)
cape clear
(1)
castletown
(1)
claire
(1)
croaghaun
(1)
dunquin
(1)
equinox
(1)
holy well
(1)
kilkee
(1)
knowth
(1)
martello tower
(1)
powerscourt
(1)
riverdance
(1)
solstice
(1)
souterrain
(1)
standing stone
(1)
travellers
(1)
trekking
(1)
whiskey
(1)