Pokazywanie postów oznaczonych etykietą święta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą święta. Pokaż wszystkie posty

1.02.2012

Koniec zimy - Imbolc

W ostatni dzień stycznia na historyczne wzgórze Tara przybyła niewielka grupa neopogan. Stanęli w kręgu wokół legendarnego Kamienia Przeznaczenia (Stone of Destiny), chwycili się za ręce i zamknęli oczy. Tylko jedna osoba zwana treoir stała osobno wpatrując się w zachodni horyzont, gdzie po raz ostatni tej zimy miało zajść słońce. Ten stary celtycki obrządek to Imbolc - koniec irlandzkiej zimy.
  
Kalendarz celtycki związany był z kultem słońca, o czym nieraz już wspominałem. Imbolc wypada w połowie odległości pomiędzy najkrótszym dniem roku a wiosennym przesileniem. Niezmienny rytm wschodów i zachodów kształtował życie ludzi w Irlandii co najmniej od 5000 lat. Ciekawe, że wciąż są ludzie, którzy znajdują czas na starodawne ceremonie.
  
Święto Imbolc zostało w pewien sposób oswojone przez Kościół - ten ważny kiedyś dzień należy obecnie do jednego z trzech głównych patronów Irlandii - św. Brygidy. Zainteresowanych jej historią odsyłam do Słowianina

Dobrze, że już skończyła się ta celtycka zima, bo chociaż śniegu w tym roku nie było a mrozu też nie za bardzo to bywały tak ciemne dni, że kwiatki stojące w doniczkach u mnie na parapecie odwracały się w stronę mieszkania. A skoro dziś już wiosna to poszukałem jej w swojej okolicy. Oto co znalazłem.
           

29.06.2010

Środek Irlandii - Hill of Uisneach

Z Athlone, które jest Centralnym Miastem Irlandii bardzo niedaleko jest na Centralną Wieś. Tam właśnie jest prawdziwy środek Irlandii.
  
Mam na myśli środek całej Wyspy. W tym miejscu krzyżuje się jakiś południk z równoleżnikiem oraz dawne granice pięciu historycznych prowincji: Connacht, Leinster, Ulster, Munster oraz Meath. To miejsce nazywa się Hill of Uisneach. Wzgórze Uniesień, wapienna skała, miejsce, skąd widać najwyższe wzgórza w pozostałych 32 hrabstwach Irlandii. Tu spotykają się wszystkie irlandzkie meridiany.
  
Z racji swojego położenia Hill of Uisneach pełniło funkcję królewską na długo przed wzgórzem Tara, na którym zasiadali Wysocy Królowie Irlandii, gdzie stoi do dziś „ryczący kamień” oznajmiający niegdyś gromkim głosem wybór kolejnego króla Irlandii.
  
W tym miejscu byli wszyscy tutejsi ważni poczynając od bogini Ériu, która nadała imię całej wyspie (EIRE = IRELAND), poprzez jednookich i jednonogich cyklopów, rzeźbiarzy ery neolitu, Briana Boru, druidów, świętego Patryka, świętą Brygidę, aż do Finna MacCoola, Jamesa Joyce’a i U2. W maju 2010 roku na tej górze pojawią się naraz tysiące ludzi. Ale o tym za chwilę.
  
Szukałem Hill of Uisneach dość długo, wzgórz tu w okolicy jest sporo a z poziomu drogi nie wiadomo, które jest najwyższe. 180 metrów nad poziomem morza to niewiele. Oznaczeń jest bardzo mało, a palce farmerów pokazują mi coraz to nowe kierunki. Wygląda na to, że opuszczali lekcje historii.

Jeżdżenie w kółko pomogło mi nieoczekiwanie znaleźć dom, gdzie mieszkał jeden z nieszczęsnych podróżników Titanica.
   

Z perspektywy czasu widać, że facet mógł się jednak powstrzymać i tu zostać, nie było tu tak źle. Trochę starań i po 100 latach dom nadawałby się znów do zamieszkania, niezła baza wypadowa, zwłaszcza, że wkrótce będzie dobra okazja.
 
Póki co obowiązują tu dawne prawa – kara grzywny w wysokości 40 szylingów dla każdego, kto wejdzie do pubu i nie zamknie za sobą drzwi. Lepiej zaopatrzyć się zawczasu w szylingi, bo drzwi nie chcą się nawet otworzyć. Aha, to pora lanczu, sorry. Nie ma pośpiechu, to przecież Irlandia. Z tankowaniem też trzeba zaczekać.
  
Wraca właściciel pubu i dystrybutora, mówi że do centrum Irlandii mam pojechać tędy.
  
Środek Irlandii nie różni się za bardzo od innych miejsc w kraju. Zielono, mokro, wietrznie i słonecznie. Spokojnie, cicho i powoli.
  
Miejsce, gdzie w legendarnych czasach mieszkali królowie Irlandii, gdzie druidzi odprawiali swoje ceremonie, gdzie ponoć spoczywa matka chrzestna Irlandii - Ériu - jest obecnie mało dostępne, byki szaleją po pastwiskach, jest mokro, co chwila pada deszcz i tak dalej.
  
Dość trudno jest znaleźć pozostałości z dawnych czasów w tym miejscu. Jak na przykład mały grobowiec skierowany wejściem w stronę wschodzącego słońca 21 czerwca. Tam w środku raz w roku pojawia się światło, dlatego nazywany jest „łonem bogini matki”.
  
Jak na przykład leżący na zboczu Hill of Uisneach „koci kamień” nazwany tak, bo przypomina kota polującego na mysz. Pod przedziwnie ułożonym z wielkich kamieni „Catstone” według legend pochowana jest bogini Ériu. Irlandzkie skały były jej kośćmi, ziemia ciałem, a rzeki arteriami.
  źródło: www.megalithomania.com
Centralne miejsce Hill of Uisneach to sanktuarium. Dwa kręgi o średnicy 55 metrów stanowią “ogniste oko”. Widok z tego miejsca przy dobrej pogodzie jest przecudny. Strażnicy są na każde zawołanie.
  
I tak znalazłem się w miejscu najstarszego festiwalu ognia w Europie. Wyobraźmy sobie wielki ogień rozpalony w pewną ciepłą majową noc na szczycie wzgórza w samym centrum kraju. Po pewnym czasie w oddali zaczynają zapalać się podobne ognie na wzgórzach we wszystkich kierunkach. Z każdego hrabstwa, z jego najwyższego wzniesienia na królewskie wezwanie odpowiada ogień. Cały kraj oddaje cześć królowi tak jak każe pogański zwyczaj. W tak małym i dość płaskim kraju jak Irlandia może to się udać. A według legend tak właśnie było w bardzo dawnych czasach. I teraz zaraz ta zapomniana pogańska tradycja ma się odrodzić w trakcie trzydniowego majowego festiwalu ognia. W nadchodzącym roku na Hill of Uisneach zapłonie olbrzymi ogień a ja stojąc na wzgórzu w samym środku Irlandii będę obserwował, jak w kolejnych hrabstwach Irlandii zapłoną ogniste stosy. O ile tutejsi poganie dopiszą :)

 
Dodam na koniec (roku), że w miejscu zwanym obecnie środkiem Irlandii (skromnie Hill of Uisneach) wznosiła się w czasach mrocznych święta irlandzka góra Mount Killaraus. Została ona podzielona na mniejsze fragmenty przez 15 000 żołnierzy legendarnego władcy Brytów - Uthera Pendragona i z pomocą czarodzieja Merlina przeniesiona przez Morze Irlandzkie do Anglii. Tam kamienie ze środka Irlandii posłużyły jako budulec bardzo znanej budowli w południowej Anglii. Tako rzecze arturiańska legenda.

20.12.2009

Boże Narodzenie po irlandzku

Ciotka Tradycja w Irlandii przeżywa drugą młodość, dlatego wraz z postępem domaga się oprócz dawnych zwyczajów również tych nowych, amerykańskich. Stąd pomysł na indyka. Świąteczny obiad to przede wszystkim turkey, a nie jakiś karp. Jeśli chodzi o ryby, to raczej łosoś. ZAFOLIOWANY i pokrojony w plasterki.

  

Całkiem duży ptak waży ponad 10 kilo na golasa, czyli bez piór i wątroby. W tym roku obiad będzie we wtorek, więc sprzedaż zaczyna się od soboty - termin ważności zafoliowanego indyka to 3 dni. Brak jest doniesień o zabijaniu indyków w wannie na własną rękę. Indyk nie jest tani - 8 kilo na zdjęciu kosztuje 60 euro. Ale krojone mięso irlandzkich bawołów jest droższe. Tyle, że indora trzeba kupić w całości, a krowę można w kawałkach.


  

Z indykiem wiąże się bardzo często poszukiwany (w nowym sklepie) produkt - breadcrumbs. Jest to odpowiednik tartej bułki, ale zrobiony z mielonego chleba tostowego, zapakowany do plastikowej torebki i - o zgrozo - mokry. Przechowywany w lodówce z mięsem. Służy jako panierka do indyka i wszystkiego innego, wymagającego "stuffing", czyli do ryb, mięsa, pieczarek, kurczaka i tak dalej. 


  

Brukselka - nieodłączny element obiadu świątecznego, konieczny dodatek do indyka. Małe, niewydarzone kapustki, które swoim smakiem mogą odepchnąć aż do kolejnych świąt. Zawierają w sobie element zapomnienia, dzięki któremu zaraz po świętach zapomina się o ich istnieniu. A za rok znowu trzeba zamawiać 3 dostawy dziennie tego, czego nikt nie i tak nie lubi. Ciotka Tradycja jednak wymaga poświęceń, więc jutro odbiorę znów 3 dostawy brussel sprouts. 


  

Żółte melony - podawane jako starter przed świątecznym obiadem. Sympatyczne, słodkie, soczyste owoce, chętnie jadane w Irlandii i niedrogie. Jedyny jak dla mnie normalny składnik świątecznego obiadu w Irlandii. Mają cieńszą skórę niż arbuzy, a są jeszcze słodsze, ale mniej soczyste.


  

Tofurkey - dziwny świąteczny produkt zastępujący zabitego indyka wyprodukowany z soi, przeznaczony dla wegetarian. U mnie na wsi niestety niedostępny. Na Allegro również. W Anglii i w Googlach już to mają. Google - dziękuję za fotkę.


 
Mini Pies - ja to nazywam "małe pieski" - ciasteczka z suszonymi daktylami w środku. Bardzo smaczne, dla wymagających zrobione prawie z samego masła.
Christmas Cake lub Plum Pudding - rodzaj ciasta o mylącej nazwie, nie zawierający wcale śliwek. Prawdziwy Christmas Cake robi się co najmniej 2 miesiące przed świętami, a czasem nawet pół roku. W dobrych rodzinach zachowuje się oryginalne niepowtarzalne receptury i nie kupuje się tego broń Boże w markecie, należy to zrobić samemu. Często jedno dodatkowe ciasto zanosi się sąsiadowi. W składzie oprócz mąki, cukru, jajek i masła są rodzynki, czereśnie, porzeczki, migdały, wanilia, cynamon oraz duża ilość irlandzkiej Whiskey, czasem  Guinnessa lub brandy. Bardzo ciężki wysokokaloryczny wypiek, trzyma w napięciu do samego końca. Kupione w markecie i gotowane godzinę przeze mnie Christmas Cake wygląda tak:


  

Sąsiadom należy się szczególny szacunek w święta - do wyrażenia tego służą okolicznościowe kartki. Takich kartek jest cała masa, można również kupić kartkę dla "wyjątkowej siostry i jej chłopaka", albo dla "szwagra i jego żony". Duży wybór kartek dla sąsiadów. Pełen wypas, ale jak się dowiedziałem, czasem trudno jest w Irlandii kupić zwykłą kartkę dla rodziców, bez reniferów, bałwanów i choinek, czyli po prostu ze Świętą Rodziną. Może się to jednak udać w mniejszych miastach.


    

Sprzątanie - oprócz sprzątania domu od strychu po parter, bo piwnicy najczęściej nie ma, porządki dotyczą zagród i pomieszczeń, gdzie mieszkają zwierzęta. Niech one też mają dobre warunki, by przemówić ludzkim głosem.


  

Wieniec na drzwiach - sygnał dla sąsiadów, że tu mieszkają pobożni ludzie kultywujący tradycję. Wieniec - wreath - zrobiony jest z iglastych gałązek, wstążek i dzwoneczków. Wisi do 6 stycznia, jak i inne ozdoby. Tego dnia nadciągają śmieciarką Trzej Królowie ze specjalnym kontenerem na choinki i piszą na drzwiach Ctrl+Alt+Del, czyli, że już jest po świętach.


  

Choinka - najlepiej żywa, ustawiona w living roomie przy oknie, naturalnie do tego rozplanowanym. Dzięki temu inni sąsiedzi widzą, że ich sąsiedzi to też normalni ludzie. Zasłony i rolety przez okres świąt powinny być odsłonięte, telewizor włączony, a pan domu powinien spoczywać na kanapie w pozycji "kochanie, podaj mi pilota". Sztuczne choinki jako bardziej wytrzymałe stoją już od połowy listopada.


 
Stroik na stół. Najlepiej z prawdziwych gałązek, ozdobiony bombkami, dzwoneczkami, wstążeczkami. Akurat stroik na zdjęciu jest z prawdziwym cynamonem. Dość tani, bo z Chin. Tutejsze wyroby są drogie, bo nowy ciągnik trzeba kupować co roku, a ciągniki sporo kosztują... W Chinach nie potrzebują ciągników, od czego są ludzie... 
  

Holly - ostrokrzew. Twarde łodygi z zielonymi ostrymi liśćmi i czerwonymi owocami. Nazwa wzięła się stąd, że te gałązki wiesza się przy świętych obrazach. Można je uciąć byle gdzie, ale po co się trudzić, skoro można kupić.


  

Ivy - bluszcz. Pozostałość po biednych czasach sprzed Unii Europejskiej, kiedy nie hodowano choinek bo i tak ludzi nie było na nie stać. A bluszczu można było sobie narwać na każdym murku przy ulicy. Teraz jak ktoś nie chce chodzić po murkach, to może sobie to kupić i ozdobić tym dom. 


 
Poinsettia - kwiat doniczkowy. Przez osiem godzin dziennie zastanawiam się, po co ludzie to kupują. Ale zamawiam tego więcej i jeszcze więcej. Ciotka Tradycja wymaga.
Mistletoe - jemioła. Roślina wieszana w niektórych domach, można się pod nią całować. Jemioła ma zarówno właściwości lecznicze, jak i trujące - jak miłość. All you need is love.


  

Oświetlenie domu z zewnątrz - ciotka Tradycja przypomina, że Święta Rodzina nie miała się gdzie zatrzymać. Więc teraz już wie, gdzie na nią czekają. Ale Irlandczycy nie wpadli jeszcze na pomysł, żeby przygotować im wolne nakrycie przy stole. Sami będą jeść melony, indyka i brukselkę. A Christmas Cake z rodzynek i irish whiskey zaniosą kochanym sąsiadom.

A jak się komu nie podoba irlandzka tradycja, może sobie kupić w polskim sklepie zdechłego karpia.

 

30.10.2009

Halloween

Halloween to święto obchodzone w ostatni dzień października w Irlandii, USA oraz innych krajach, gdzie wraz z Irlandczykami zwyczaj ten zawędrował. Emocje towarzyszące Dniu Wszystkich Świętych w Irlandii wiążą się głównie z tym, jak najstraszniej ozdobić dom i jak najpaskudniej i odrażająco wyglądać w wieczór 31 października. Nic dziwnego, że kiedy w Polsce próbuje się zaszczepić Halloween to w niektórych parafiach Podlasia i Wielkopolski głosy potępienia padają nawet z niedzielnej ambony. Nie tak nauczono nas czcić pamięć o zmarłych. W wieczór Wszystkich Świętych widać wyraźnie jak bardzo tradycje celtyckie różnią się od polskich tradycji w kwestii zmarłych.





Halloween to obecnie bardzo skomercjalizowana wersja jednego z ważniejszych celtyckich świąt zwanego Samhain. Ponad 2000 lat temu ta noc była uważana za granicę pomiędzy jasną i ciepłą a ciemną i zimną połową roku. Według celtyckiego kalendarza 31 października kończyły się żniwa i cały rok a 1 listopada zaczynała się zima i nowy rok. Celtycki sylwester, granica pomiędzy latem a zimą była bardzo cienka, ciemna i długa, więc umożliwiała duchom przechodzenie z jednego świata do drugiego. Wierzono wtedy, że dusze które nie dostały się jeszcze do nieba szukają żywych ludzi i ich ciepłych domów, gdzie mogłyby się zatrzymać na następny rok i strasząc mieszkańców odczekać kolejny rok swojego czyśćca. Ludzie nie chcieli takich dzikich lokatorów, więc 31 października gasili wszelkie światła w domach i siedzieli w nich po ciemku, ubierali się w najgorsze ubrania, żeby uchodzić za żebraków i żeby żaden duch im nie pozazdrościł i nie zamieszkał z nimi.





Tak wyglądało stare celtyckie Samhain - Halloween w pierwszym wieku naszej ery i tak było jeszcze do niedawna bo do połowy XIX wieku. Irlandczycy spędzali ten wieczór tak jak nakazywała im ich tradycja. Potem sprzątali swoje domy i resztki jedzenia wykładali przed próg aby nakarmić głodne i zmarznięte duchy. Niekiedy zanosili jedzenie nawet na groby, żeby duchy nie musiały się do nich w ogóle fatygować.





Sprawy z Halloween skomplikowały się w czasach Wielkiego Głodu, w drugiej połowie XIX wieku. W wyniku zarazy ziemniaczanej w Irlandii zabrakło jedzenia nawet dla żyjących. W ciągu pięciu lat ponad milion Irlandczyków zmarło z głodu, drugie tyle z Irlandii wyemigrowało, głównie do Stanów. Irlandczycy, którzy wylądowali w USA zaczęli nowe życie i po złapaniu drugiego oddechu zaczęli wskrzeszać stare zwyczaje swoich ojców i dziadów nieco w innej formie. W tym czasie Mickiewicz (wtedy również na emigracji) pisał swoje „Dziady”. Dramat oparty był również na pogańskim obrzędzie zjednywania sobie duchów w zimną i ciemną noc. W jakiś sposób emigracja wzmacnia myśli o przodkach, duchach i śmierci.





Kościół Katolicki w Polsce zachował Zaduszki na pamiątkę pogańskich obrzędów Dziadów ale główny akcent położył na pamięci o grobach w dniu 1 listopada, natomiast Irlandczycy w Ameryce zaczęli rozwijać właśnie tradycje pogańskie. Pojawiły się więc wymyślne przebrania, które miały odstraszać inne duchy. Wraz z nowym trendem owe sztuczne wampiry, potwory i kościotrupy zawędrowały z powrotem do Irlandii, tym razem z większym rozmachem. Wielki Głód w Irlandii w międzyczasie się skończył, a w dodatku kraj był wciąż pod wpływem rządów brytyjskich, więc katolickie obrzędy 1 listopada nie były specjalnie popularne. Neopogańskie wesołe przebrania z USA nie mogły trafić na lepszy grunt. Irlandczycy zaczęli świętować Halloween strasznie, na wesoło.





Nazwa Halloween to skrócona wersja nazwy All Hallows Evening (wieczór wszystkich świętych), czyli nocy przed All Hallows Day (dniem wszystkich świętych). W Irlandii to wciąż bardzo ważny okres roku - dość wspomnieć, że w każdej szkole dzieci mają tydzień wolnego (aby dobrze przygotować się na halloweenowy bal przebierańców). Dorośli życzą sobie Happy Halloween, co niektórzy mogliby przetłumaczyć jako „Szczęśliwego Dnia Zmarłych”. Niektórzy się również przebierają w straszne stroje.





W dzisiejszych czasach rolę duchów nacierających na nasze domy przejęły dzieci. Chcąc żyć w zgodzie z nimi zaopatrujemy się zawczasu w słodycze aby nimi nakarmić wszystkie dzieci z sąsiedztwa wrzeszczące „trick or treat” co oznacza w skrócie: „albo dasz mi cukierka albo ja ci kiedyś wrzucę coś śmierdzącego przez szparę na listy”. Dzieciaki przebrane za czarowników, nietoperze, anioły śmierci, czarne koty i zakrwawione wilkołaki chodzą po swoich osiedlach i w domach odświętnie przystrojonych czyli odpowiednio przygotowanych w fanty dla duchów otrzymują słodycze, owoce i orzechy.





Nieodłącznym elementem Halloween jest ognisko, czyli symbol ciepła tak ważnego w tę noc, kiedy zaczyna się zima. Setki lat temu ludzie w Irlandii znosili na środek wioski drewno i kości zwierząt aby rozpalić nimi wielkie ognisko rozpoczynające zimę. Im większe było ognisko, tym cieplejsza miała być zima. Do dziś ta tradycja jest żywa i w wielu miejscach ludzie schodzą się w środku osiedla przynosząc drewno czy resztki mebli, aby „bonfire” było jak największe a zima jak najłagodniejsza. Najlepsze ogniska są w Ballymun i w Inchicore, bo są z drewnianych palet, które mają wiele zalet. Czasem po prostu pali się skradzione samochody.

Bonfire w Inchicore - Halloween 2006 by Janek Kloss
Wracając do ambony przywołanej na początku – ksiądz przestrzega przed nadejściem obcych nam zwyczajów i pewnie ma trochę racji. "Dziady" jako lektura obowiązkowa w II klasie średniej szkoły to za mało, żeby uznać, że przedchrześcijańskie obrzędy są nam obecnie bliskie. Przyzwyczailiśmy się raczej do poważnej atmosfery, refleksji, pamięci o zmarłych i odwiedzania grobów. W Irlandii odpowiednikiem tego zwyczaju jest Cemetery Sunday - jeden dzień w roku, ustalany inaczej dla każdej parafii, kiedy modli się za zmarłych i wspomina ich na cmentarzach. Halloween to zupełnie inne święto i warto o tym wiedzieć kiedy chce się porównywać polskie i irlandzkie zwyczaje.

Polacy w Irlandii potrafią się przyzwyczaić do Halloween. Jak wspomniałem - to jest zupełnie inny dzień, inne święto, inny kontekst. Natomiast jeśli ktoś chce wziąć udział w staroceltyckich obrzędach z udziałem druidów oraz procesji z ogniem niesionym na wzgórze to w najbliższą niedzielę o 7pm z Fair Green w Athboy, Co. Meath ogień zostanie poniesiony na Hill of Ward czyli Tlachtga. To miejsce, gdzie ponad 2000 lat temu odbyły się pierwsze obrzędy oryginalnego święta Celtów - Samhain nazwanego później Halloween. Zainteresowani powinni przynieść ze sobą coś do spalenia. Reszta może siedzieć w domach i rzeźbić sobie dynię.



No i warto wiedzieć, że z Halloween związane są spore wydatki (dla jednych) i zarobki (dla drugich). Jeżeli komuś chce się wprowadzać irlandzkie zwyczaje w kraju, do którego Irlandczycy nigdy nie emigrowali, to z pewnością ma w tym jakiś interes.

______________________________________________________________

W materiale wykorzystałem m.in. zdjęcia użytkowników serwisu fotograficznego FOTOIRLANDIA, za zgodą Autorów.

1.05.2009

Knock - Matka Boska Irlandzka

XIX wiek w Europie obfitował bardziej niż wszystkie inne wieki w cudowne objawienia maryjne. Ostatnim ważnym objawieniem w dziewiętnastym stuleciu była mała irlandzka wioska Knock. Zaczęło się wszystko klasycznie – dwóm kobietom wracającym z sierpniowych nieszporów ukazała się Matka Boska.
  
To bezpośrednie połączenie niebios z Irlandią było jednak zupełnie inne od wszystkich poprzednich europejskich objawień. Przede wszystkim nie padły tam żadne słowa, więc tak naprawdę nie wiadomo było o co chodzi. Po drugie w centralnym punkcie objawienia pojawiła się zwykła irlandzka owieczka zidentyfikowana później przez komisję kościelną jako Baranek Boży.
  
Irlandzkie objawienie różniło się od wszystkich poprzednich również składem drużyn – po stronie gości pojawił się jeszcze św. Józef oraz św. Jan Ewangelista, natomiast miejscowe kobiety wracające z nieszporów zostały licznie wsparte przez okolicznych mieszkańców. Spotkanie trwało około dwóch godzin bez żadnej przerwy, potem goście z niebios znikli i nie pojawili się już nigdy więcej. W każdym razie nie było to ciche spotkanie sam na sam, świadków było około trzydziestu, dlatego Kościół Katolicki nie znajdując sprzeczności ze swoją nauką przyjął irlandzkie objawienie jeszcze w tym samym roku 1879.
   
Sam święty Patryk pojawiając się znowu we własnej osobie na Zielonej Wyspie nie wywołałby takiego poruszenia w ówczesnej biednej Irlandii. Spragnieni cudu wierni zaczęli zmierzać w stronę Knock, pojawiły się pierwsze cudowne uzdrowienia. Na ścianach kościoła pielgrzymi zaczęli wieszać swoje kule i laski, na których tu osobiście przykuśtykali. Sława Knock dotarła wkrótce do Europy. Do odległego sanktuarium w małej wiosce leżącej na zachodzie kontynentu docierało już milion ludzi rocznie. Z Kalkuty przyjechała Matka Teresa, a z Rzymu przyjechał w stulecie objawień sam Papież Jan Paweł II.
  
Wzniesiono nowy kościół, któremu Papież nadał godność bazyliki. Karol Wojtyła ogłosił Matkę Boską Maryją Królową Irlandii. Fala cudownych uzdrowień osiągnęła taki stopień, że Knock nazwano drugim Lourdes. Sława nowego sanktuarium dotarła do Irlandczyków w USA i Australii. Miejscowy proboszcz, wychowanek największego na świecie seminarium duchownego jakimś cudem pozyskał środki na zbudowanie w Knock międzynarodowego lotniska. 
  
Dzięki temu ksiądz James Horan przeszedł do historii jako fundator największego lotniska międzynarodowego na najmniejszej wsi na świecie.
  
Pierwszy bezpośredni lot z Nowego Jorku do Knock w Irlandii odbył się w 1987 roku, już po śmierci proboszcza Horana. Lotnisko początkowo zwane jego imieniem obecnie nosi nazwę Irlandzkiego Zachodniego Lotniska. Do sanktuarium Knock przybywa obecnie ponad dwa miliony pielgrzymów rocznie. Sezon zaczyna się w ostatnią niedzielę kwietnia i trwa do drugiej niedzieli października. 
 
Wjeżdżając do Knock można odnieść wrażenie, że jest to zwykłe irlandzkie miasteczko z dziwnym kościołem. 
I tak tu w istocie jest...